Raport z obiektu żywego
Ma świeżą elewację
i certyfikat „sprawny”.
To, że się gotuje od środka,
uznano za temperament.
Czujniki wyją chórem,
każdy w innej tonacji.
Termostat dostał palpitacji,
ale zarząd uspokaja:
to tylko stres adaptacyjny.
Magazyny pękają w szwach,
więc linie produkcyjne głodują,
mdleją przy taśmach.
Surowiec stoi w korytarzu,
transport wewnętrzny nie dojechał —
zaginął wózek widłowy,
ostatnio widziany przy nadziei.
Filtry oczyszczające
po kursie jogi
wypłukują, co jeszcze żywe,
zostawiają muł
i święty spokój.
Rury cienkie jak obietnice
przygaszają oddech.
Sterownia — horror klasy B.
Mgła, migające monitory,
komendy kasują się same,
operator nie ufa wskaźnikom.
centralna pompa pracuje
w trybie ciągłego zagrożenia —
jeszcze działa,
ale każdy cykl może być zapalny.
W nocy wyłączają kolejne sekcje.
Najpierw niekrytyczne:
koncentrację,
poczucie ciągłości,
przynależność emocjonalną.
„Młodzi tak mają” —
mówią instalacje.
Śmieję się z maszynami.
Zawalam do środka.
Młode obiekty
nie umierają.
One się tylko
źle eksploatują.
