Proktolog
W gabinecie pachnie spirytusem i lękiem,
jakby ktoś polał podłogę wspomnieniami tych,
którzy oddali tu swoje wnętrza
na pastwę medycznej archeologii.
Kładę się na boku -
jak ofiara składana bogu, który nie przyjmuje modlitw, tylko dostęp.
Łóżko chłodne jak zimowa rzeka,
po której mają popłynąć moje najskrytsze mroki.
Lekarz wchodzi.
Maska, rękawiczki,
spojrzenie, które nie musi nic czuć, żeby działać poprawnie.
W dłoniach trzyma urządzenie -
wygląda jak wąż zrodzony z kabla i ciemności,
jak stworzenie, które nauczyło się widzieć w piekle lepiej niż ludzie na ziemi.
- Proszę się rozluźnić, mówi łagodnie,
jak kat, który przed egzekucją pogłaszcze cię po głowie,
żeby wiedzieć, jak będzie wyglądała twoja twarz,
kiedy opuszczą ją resztki godności.
To była chwila, w której ciało przestaje być własnością,
a staje się dokumentem -
gotowym do odtajnienia.
Wąż rusza.
Czuć tylko chwilę ciszy, tę jedną sekundę pokoju,
jak przed trzęsieniem ziemi,
kiedy ptaki milkną, bo wiedzą,
że zaraz świat się otworzy.
A potem - wejście.
Jakby ktoś wsuwał kamerę w jaskinię pradawnego potwora,
który właśnie przypomniał sobie, że jeszcze żyje.
W tej chwili poczułem też,
jakby moje wnętrzności były Ministerstwem Spraw Wewnętrznych,
a lekarz – wysłannikiem kontroli, który przyszedł sprawdzić,
czy w piwnicach tej instytucji
nie fermentuje
jakaś nielegalna opozycja
która spiskuje w śluzie
i drukuje ulotki z mutacji.
Gumowy przewód napiera na zwieracz, pokonuje opór tkanek z jednostajnym, tępym poślizgiem.
Monitor rozbłyska zimnym, cyfrowym światłem -
obcym jak spojrzenie kogoś,
kto już wszystko widział.
Wnętrze mnie staje się tunelem z czerwonych ścian,
galerią starożytnych fresków pękniętych
naczyń krwionośnych,
korytarzem w którym echo moich strachów odbija się jak moneta
rzucona w studnię bez dna.
Lekarz przesuwa endoskop powoli, precyzyjnie,
jak kartograf rysujący mapę zapomnianego królestwa,
w którym każdy zakręt pachnie wstydem,
a każda struktura drży jak gatunek wymierający na twoich oczach.
W pewnej chwili mam wręcz wrażenie,
że uczestniczę w jakimś liturgicznym obrzędzie -
jakby lekarz był kapłanem
Świętego od Lewej Strony Człowieka,
bóstwa, które nie prosi o modlitwy,
tylko o dostęp do jelita i dobre oświetlenie,
żeby lepiej czytać z człowieka jak z otwartego pisma.
Nagle zatrzymuje się.
- Oho…. mruczy, a jego głos brzmi,
jakby znalazł złoty posąg Tutanchamona.
Nachyla się do monitora, oczy mu błyszczą.
- Proszę pana… ależ piękny polip.
Gdybyśmy żyli w renesansie, to już by Pana wnętrzności wystawiali w Mediolanie, mruczy z zachwytem.
Polip wyglądał, jakby za chwilę miał wstać,
otrzepać sobie krawędź,
poprawić śluzową elegancję
i zapytać jurorów, czy przechodzi do kolejnego etapu,
bo przygotował układ taneczny na finał.
- A ten polip… Caravaggio by się popłakał.
Ja w tym momencie czuję,
że moje ciało chce uciec wszystkimi otworami naraz,
jak dziecko złapane w środku nocy przez własny cień.
A on patrzy na polipa… jak na cud narodzin.
Jak na kwiat, który wyrósł w jaskini, w miejscu,
gdzie nie powinno być żadnego światła.
- Zobacz Pan, szepcze namiętnie,
jak baśniowo osadzony, jak malutki księżyc w orbicie tkanki.
- Proszę spojrzeć, wskazuje na monitor jakby prezentował mi trofeum.
- To jest… artystyczne.
A ja czuję, że zaraz wyparuję z nerwów.
Gdyby ten polip miał oczy,
to patrzyłby na mnie z wyrzutem,
że wpuściłem w siebie światło obcych.
- Trzeba go usunąć, mówi wciąż z zachwytem,
- ale szkoda, bo jest… taki poetycki jest.
Gdyby mógł, powiesiłby mój polip na ścianie gabinetu
jak medal za odwagę w cierpieniu.
Lekarz porusza urządzeniem dalej,
wąż skręca,
a ja czuję, jakby ktoś próbował odtworzyć
w moim wnętrzu wszystkie wojny,
jakie ludzkość przeżyła.
- Jeszcze kawałek, mówi cicho.
- Musimy dotrzeć do samego końca.
Tam kryją się odpowiedzi.
Albo powody do dalszych pytań.
Czuję, jak kamera zagląda w miejsca,
którym nigdy nie nadano słów.
Teraz wszystko zostaje oświetlone,
jakby moje wnętrze było sceną teatralną,
a lekarz reżyserem spektaklu, którego nie chcę oglądać.
Wreszcie wycofuje sprzęt – powoli,
jakby zwijał flagę z podbitego terytorium,
zostawiając w ciemnościach echo swojego światła.
– Gotowe, rzuca krótko,
a jego głos jest już przezroczysty,
pozbawiony namiętności, którą przed chwilą wyznał polipowi.
Wychodzę.
Nogi mam miękkie, jakby kości zamieniły się w papier po deszczu.
Świat zewnętrzny kołysze się,
próbując dopasować swój kształt
do nowej, odtajnionej mapy moich wnętrz.
Za mną zamykają się drzwi –
ciężkie i ostateczne jak wieko archiwum.
A wąż światła i kabli
już prostuje grzbiet, czeka na kolejną ofiarę,
uśmiechając się zimnymi sensorami do nowej ciemności,
którą zaraz przyjdzie mu nazwać i skatalogować.
