deszczowy slajd…
%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%
nowy dzień wstaje kłania się światu
parabolicznie grzbiet swój wygina
na jego szczycie błam biało-puszny
cielsko jak struny harfy napina
zaczyna pierwsze wylewać tony
ze strun szarpanych z polotem szumnym
jest tak skupiony na każdej nucie
jakby istota żywa w rozumnym
dotyku krucha nienamacalna
a jednak tchnieniem mocnym przeszyta
coś opowiada milcząco szemrzy
by po cichutku o drogę spytać
wstaje kolejny dzień świat się budzi
zduszony ginie promień słoneczny
w puchatej toni chmurnych bałwanów
opatulony szalikiem mlecznym
w barwie i sile łzawo-deszczowej
zdławionej mocą ponurej ciszy
bury początek kolejnej doby
zamknięty w kropli wodnistej kliszy…
%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%
&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&
