Ja - Twórca (nieskończony jeszcze)
Tutaj się wyłączam, jestem nieobecny, nie interesuje mnie to,
Kolejny zmarnowany dzień, jakże to upokarzające,
Ataki agresji i zwidy mi wmawiają, nosz wkurzające,
Czy to moja wina, że szef mnie źle traktował?
Nie, tylko mu lekko przywaliłem, co nie? Nie będę takiemu komuś plaskacza żałował.
No i widzicie, siedzę i się nudzę, zresztą...
Co mi pozostało, naszprycowali mnie bym był spokojny, robią mi to całkiem często,
Ale mam plan, sprytny plan... Ucieknę stąd dzisiejszej nocy,
Nie sam, oj nie, będzie ze mną Marysia, moja towarzyszka do pomocy,
A kim ona jest, pytacie się? Cóż, zawsze mówili, że mam bujną wyobraźnię, no nie,
Jest ona tworem mojej świadomości, czy czegoś tam, dzięki której opuszczę te przeklęte więzienie.
A ten stary zgred Zbychu co robi? Czy on zjadł właśnie gila własnego?
Trochę się boję o niego. Błagam pilnuj się i nie zostawiaj mnie samego...
Jakby was to ciekawiło, ale nie wiem czy tak będzie, w końcu ja was nie znam,
Poznaliśmy się wiele lat temu, jeszcze na wolności, był normalniejszy wtedy, nie zmyślam,
Był mi jak ojciec, pomagał mi i wspierał, a to miejsce go wykończyło, gdy tu wylądował,
Ba, nawet z wyglądu się zmienił, bo nigdy tak bardzo jak menel nie wyglądał.
Pora raz jeszcze omówić sobie plan: po pierwsze odciągnąć uwagę pracowników,
Po drugie: uśpić kamery, bo monitorują nas te czuby, myślą, że mogą nas traktować jak szkodników...
Po trzecie - najważniejsze: spierniczyć stąd,
Nie opracowałem jedynie jak mam to zrobić i tu popełniłem błąd,
Ale nic to, coś wykombinuję, razem to zrobimy! Co nie Marysiu? Damy radę,
Najwyżej sam jakieś rozwiązanie znajdę.
Oho, lekarzyna już wstała i sobie poszła, pozostali tuż za nim,
A mi każą tu gnić, przynajmniej dopóki piguły nie przyjdą i do pokoju zabiorą, szarpiąc, jakbym był nikim,
No dobra, zostało mi tylko: obiad, sen, fajka, kolacja, kąpiel, i coś jeszcze?
Aa racja, leki... Może pod językiem je zmieszczę,
Mam nadzieję, potem się to diabelstwo wypluje i już,
Nie chcę już was zanudzać, bo nie o to tu chodzi, co nie? Cha cha! Odezwę się potem, Boże mi dopomóż...
*****
Wszystko poszło z planem... Uff.. Puff.. No prawie... Uciekam właśnie przed personelem,
Cholera by to, nie przewidziałem, że Marek dzisiaj ma zmianę, on tu jest największym sk****elem,
Przyłapał mnie kiedy niszczyłem kamery i wezwał wsparcie,
Także widzicie, same kłopoty już na starcie,
Nogi napierniczają, ale się nie zatrzymuję, nie ma czasu na odpoczynek, biegniemy!
Uff.. Puff.. Marycha, nie zagaduj mnie, bo przez ciebie nie zwiejemy...
Że co ja mam zrobić? Przede mną jest okno z którego mam zeskoczyć?
Genialne, nosz kurde świetnie... Na samą myśl o tym zdążyłem gacie zmoczyć,
Uhh.. Walić to, co ja ma do stracenia,
Powoli czuję już czyjś oddech na karku, nie dam się złapać, nie wracam do tego więzienia!
Przyspieszam coraz bardziej, celu już jestem tak blisko,
Raz kozie śmierć.. Wskakuję na parapet, z impetem strzaskuję szybę i... Aaaaaaah! Przepaaaść... Na co mi było to wszystko!
*****
Ja pierdzielę, ja żyję! My żyjemy! Nie miałem pojęcia, że wyląduję w wodzie,
Na szczęście umiem pływać, bo bym leżał zapewne na samym spodzie,
No dobra, zorientować się w sytuacji muszę,
Jestem troszkę pośrodku niczego, na ląd nie wracam, więc w przeciwnym kierunku ruszę,
Słyszę z góry wołania, szukają mnie, cholera, nie pozwolę na to by mnie znaleźli,
A na horyzoncie dostrzegłem patałachów, którzy na zewnątrz już wyleźli.
Dobra, wystarczająco się oddaliłem, na pewno nie znajdą mnie,
Zorientowałem się również, że sam wylądowałem diabli wiedzą gdzie,
Ręce bolą jak nigdy dotąd, cholera nie czuje ich w ogóle,
No to macie ze mnie ubaw, co? Przynajmniej nie utknąłem w jakimś mule,
Wtedy to i ja bym miał bekę, bądźmy sobie szczerzy,
Śmierć w podwodnym g***ie byłaby najgorszą rzeczą, jaka, by mi się przytrafiła, a takie coś totalnie mi nie leży.
Na niebie zabłysło jakieś światło, niemal oślepiające,
Zasłoniłem ręką oczy, zostawiając małą szparę, by coś wypatrzeć i co zaskakujące,
Tak szybko jak się pojawiło, tak szybko znikło, więc wziąłem rękę mając nadzieję, że nic mi się nie stanie,
Nagle z góry spadał jakiś fioletowy kamień. Oby mi nie wylądował na łbie, więc chroń mnie o Panie!
Już tak daleko zaszedłem, na pewno za chwilę będę na Bahamach,
Albo w jakichś innych ciepłych krajach, czując piękny, wolności zapach.
Ja pierdzielę, odleciałem na kilka metrów, kiedy to coś wpadło do wody,
Co to do cholery jest? Na szczęście nie wyrządziło mi to większej szkody...
Wiecie co, ja chyba sprawdzę co to było, może to jakiś kosmiczny skarb fajny,
Albo jakiś wojskowy eksperyment tajny,
Nosz kurde nie potrafię się powstrzymać, aż buzuję cały w środku,
Też to czujesz Marysiu? Będziemy bogaci, sławni! Już nigdy nie będziemy musieli siedzieć w jakimkolwiek ośrodku.
Głęboki wdech wziąłem i zanurkowałem. Po kamyku ni widu, ni słychu, szukam dalej, dużo czasu miałem.
Zanurzyłem się jeszcze bardziej, fioletowego blasku wyszukując.
Niczego do cholery nie widzę, ciemno tu jak w d**ie, walić to płynę dalej, nawet się nie zatrzymując.
Gdzieś on musi być, toć nie mógł się rozpłynąć, co nie?
Nosz kurde, szukam i szukam i nic, za chwilę szlag trafi mnie...
Po paru minutach na powierzchnię wypłynąłem,
Zawiodłem się w ciul, toć na pewno go nie pominąłem,
Niech to szlag wszystko trafi, ehh... Szkoda, trudno się mówi,
Najwyraźniej mi się ten kamyk zgubił,
No to lecę dalej, ahoj przygodo czy jakoś tak,
Resztę trasy przepłynę leżąc na wznak.
Trudno jest mi się wyluzować w jednej pozycji, wszystko mnie tak napieprza... Aua!
W ogóle jakoś się ciulowo czuję, rzygać mi się chce. Nie ukrywam, ta podróż nieźle mi w kość dała...
Nagle poczułem jak coś mnie chwyta za kostkę i mocno szarpie,
"K***wa" - nie zdążyłem powietrza nabrać, ja się cholera dławię,
Spojrzałem się w dół, zorientować co się dzieje i nie uwierzycie, porywa mnie fioletowa błyskawica, interesujące,
Uhh, nie mogę oddychać, za chwilę stracę przytomność, pi****le, ja zdechnę, jakie to jest przygnębiające...
*****
Ja... Nie wiem ile minęło czasu, ale żyję, hurra,
Wciąż pod wodą, tuż przed czymś, co wygląda jak jakaś dziura,
Pośrodku niczego, z wnętrza wydobywa się tylko mrok, która mnie dotyka, przeszywa,
Dopiero teraz uwagę zwróciłem, że jest cicho. Gdzie jest Marycha... Gdzie się podziała ta dz***a parszywa?
Ku**a, zaczynam chyba panikować... Wybacz, za moje słownictwo, gdziekolwiek jesteś, Marysiu, zaczynam swych słów żałować.
Im dłużej przyglądam się temu czemuś, tym większe poczucie zaszczucia mam,
Przyciąga mnie, jakaś chemia nas łączy, zapiera dech w piersiach, w głębi serca o zbliżeniu się błagam...
Ze środka wydobyła się macka, przebiła mi brzuch. Cha, cha, piękne uczucie,
Naładowała mnie, czuję się silniejszy, poprawiło też samopoczucie,
Mam tę moc! Taaaak, tego właśnie potrzebowałem,
Wciąga mnie ona do środka, nie opieram sie, niechaj tak się stanie, na ascendencję wreszcie się doczekałem!
*****
Wyszedłem na zakupy, lodówka jest już pusta, przydałoby się uzupełnić zapasy,
Chleb, ser, szynka, surówkę, jakieś słodkie rarytasy,
Market znajduje się na ulicy Długiej, więc kawałek mam do przejścia,
Około dwa kilometry od mojego mieszkania, niedaleko śródmieścia,
Potem odwiedzę moją dziewczynę - Marysię - w szpitalu ona leży,
W zeszłym tygodniu miała wypadek, na przejściu dla pieszych samochód ją uderzył.
Dzień zapowiada się dobrze, słońce świeci, ptaki ćwierkają, ludzie pracują,
Miło jest wyjść na zewnątrz, nie mogę cały czas tak siedzieć przy komputerze, oczy mi się w końcu popsują,
Odkąd zaczęła się ta grypa, jak ona się tam zwała, wszelkie prace biurowe zostały przeniesione do domu,
I mimo, iż już dawno się ona skończyła, to żadnych zmian u mnie nie wprowadzili. Szkoda. Zauważyłem, że mało komu,
Chce się wracać do swoich miejsc pracy, nie dziwię im się szczerze;
Z jednej strony jest ten komfort, spokój, ale z drugiej, nie ma nikogo dookoła i czujesz się jak zamknięte w klatce zwierzę.
Niby takie krótkie przemyślenia, a stoję już u marketu progu,
Nie wierzę, że tyle przeszedłem w tak krótkim czasie, pod wrażeniem jestem swojego szybkiego kroku,
Wszedłszy do środka, wziąłem wózek, parę produktów powkładałem i... Słabo się poczułem,
O jasny gwint, co za paskudne uczucie, brzuch mnie zaczął boleć, czyżby się jedzeniem zatrułem?
Skręca mnie od środka, aż na kolana upadłem, jakby, mieczem ktoś przeciął organy,
Albo od środka był przez kogoś rozrywany...
Nie do wiary. Tak szybko, jak się ten ból pojawił, tak szybko zniknął, jakby za sprawą pstryknięcia palca,
Podniosłem się z kolan, lekko się chwiejąc. Dziwnie to na pewno musi wyglądać. Uhh, czuję się, jakbym miał kaca.
Rozejrzałem się dookoła, wszyscy mieli mnie gdzieś, ludzie robili zakupy, gdyby nigdy nic,
Tak dla pewności, przywitałem się z jakimś przypadkowym mężczyzną: "Dzień dobry" - mówię. Nie reaguje. Zbliżywszy do niego, uwagę moją przykuło to, że nie ma źrenic;
Chwytam go za ramię i lekko szarpię. Nie reaguje. Co się tu do jasnej ciasnej dzieje?
Czy ja śnię, czy już na tym świecie nie istnieję?
Ej no, co jest. To już musi mi się śnić!
W rękach moich pojawia się jakaś mgła, nie wiem jak to nazwać, jak to w ogóle wyjaśnić,
Nabiera kształt i formuje się w coś na wzór... Broni.
Rewolwer Magnum, znam ją z filmów, ale co ona robi w mojej dłoni?
Nieznana mi siła przykłada ją prosto do skroni! Jasny gwint, jest odbezpieczony, cofnij tę rękę, cofnij!
Straciłem władzę w swoim ciele, nie mogę tego już zatrzymać... Błagam, tylko za spust nie pociągnij!
*****
Osz k**wa mój łeb... Co się właśnie od****ło... W ogóle gdzie ja jestem, co to za miejsce..?
Czemu leżę na łóżku, w obcym mi mieszkaniu? Wygląda brzydko, być tu nie chcę...
Odzyskawszy siły, dupsko podniosłem, w celu zorientowania, co się dzieje,
Pokój jakiś taki opustoszały, nawet menel by tu nie zamieszkał. Zimno tu jak cholera, okien nie ma, a na zewnątrz mocno wieje.
Patrząc na ogólny całokształt, mało tu przestrzeni, j**ie zdechłym szczurem, żyć nie umierać,
A ty co sądzisz, Marycha, chcesz tu trochę przeczekać?
Cisza. Ejj kochana, nie psoć mi się tylko, za tamten tekst cię przepraszam,
Byłem wtedy w emocjach, wiesz, jak to ja, czasami za bardzo przesadzam.
Kurdeeeee, to chyba nie są żarty, ona na serio mi zniknęła,
Bez jej dobrych rad i docinków to ja sobie nie poradzę. Pierwszy raz od dawna mi łza po poliku spłynęła,
Ja tego już k***a nie rozumiem, wylądowałem na zadupiu, Marysi nie ma, bogaty też nie jestem i się c****wo czuję,
No dobra, kilka minut dam sobie na dojście do siebie, a potem do wyjścia stąd się uszykuję.
*****
Z drzemki wybudził mnie hałas zza ściany,
To wiatr, co nie? Nie chcę by mnie pożarł jakiś zwierz j**any,
Chyba, że to moja wyobraźnia już szwankuje, jakoś, by mnie to nie zdziwiło.
*Trzask* - znowu to samo, o jasny gwint, zaczynam się bać... To już na pewno mi się nie przyśniło!
I co mam teraz zrobić? Być cicho, czy tego czegoś uwagę odwrócić,
Bo jak nic nie zrobię, to albo mnie dorwie, albo porwie, albo spróbuje udusić.
Teraz słyszę jak to coś wychodzi z pokoju, oby już poszedł sobie...
Ta k****a jasne. Widzę jak su***syn czatuje na korytarzu... W dodatku drapie się po rowie.
Wy to widzicie? Jezu, śmiać mi się zachciało na ten widok, normalnie nie wierzę,
Ciekawe co jeszcze zrobi, konia sobie zwali? Ehh, cha, cha. Dobra uspokoić się muszę, bo mnie inaczej dostrzeże,
Głęboki wdech i wydech, na spokojnie, bez szaleństw, luz...
Jest ciemno, dobrze się ukryłem, jestem sprytny, a to już jest plus!
*****
On tam zapuścił korzenie, czy co? Stoi i czeka, jakby wiedział o mojej obecności,
Debil jakich mało, na prawdę, robi mi po złości.
Ruszył się wreszcie! Ale kurde, idzie w moją stronę, ja walę,
Dobra bez paniki... "Spokojnie, ziomek, ja tu tylko na chwilę jestem, pozwól, że wstanę i się oddalę",
Podejrzewam teraz, że to ja zawiniłem, on na pewno mnie nie widział,
A ja głupi się odezwałem, przez co się odkryłem... No jo, kto by to przewidział.
"Wyczułem twój smród z daleka... A teraz stąd spływaj, to mój dom" - odezwał się chrypliwym głosem,
Bez wahania wstałem z ziemi i wolnym krokiem ruszyłem przed siebie. "Idiota" - burknąłem pod nosem.
Starałem się go wyminąć dużym łukiem, ale ten i tak rzucił się na mnie,
Za moje szmaty złapał i po ryju zaczął okładać. Nigdy się nie biłem, co mam zrobić w tej sytuacji nie wiem.
Uhh, czuję już krew w ustach, nos mi złamał, mocne ma łapy, a ja zamiast reagować, to w myślach komentuję,
W końcu rzucił mnie na ziemię, ja nie mam sił na sensowny ruch... Załatwi mnie na amen, to koniec. Niech się Bóg nade mną zlituje.
Kiedy już miał zadać ostateczne ciosy, poczułem coś w dłoni, coś twardego,
Nie myśląc ani chwili dłużej, chwyciłem za to i zamachnąłem ręką. Jak się okazało, wbiłem nóż w niego,
Cofnął się, wrzeszcząc wniebogłosy. O k****a co to było? Skoro przedmiot mi się pojawia na samą myśl, to pomyślę sobie teraz o młotku,
Patrzę się na moją dłoń, a tam z obłoku pary tworzy się faktycznie młotek... "Teraz poczuj smak zemsty kmiotku!",
Wziąłem mu w łeb walnąłem raz, a porządnie, potem drugi, trzeci. Jakież to przyjemne,
Po wykonanej robocie, splunąłem na jego zwłoki i odszedłem z tego miejsca, pora odkryć jakie to moce mam tajemne...
*****
No dobra ptysie, czas na auktalizację, bo by się przydało,
Minął tydzień od tamtego incydentu, się mi pracę znaleźć udało,
Sprzątam klatki schodowe i niby g****ana praca powiecie, ale ja nie narzekam.
Co prawda dalej tułam się po mieście, wciąż odkrywając co potrafię, nie mam mieszkania stałego, ale co tam,
Póki co stworzyłem parę bajerów, typu nerkę znanej marki, której nie widzicie, więc musicie mi na słowo uwierzyć,
Poza tym nawet coś do żarcia zrobiłem i to całkiem smaczne było, tak to mogę żyć.
Dzisiaj skończyłem robotę po pięciu godzinach, więc mam teraz czas dla siebie,
Żałuję, że jestem teraz w miejscu, gdzie nic się nie dzieje, ba tu jest jak w jakimś chlewie,
Poza tym, dalej nie wiem skąd się tu do c***a wziąłem, może wy coś wiecie?
Teleport, iluzja, czy j***na symulacja, tylko poprawne odpowiedzi poproszę. Ot taka rozkmina, także się nie śmiejcie,
No, ale dobra, trochę nudno, może się rozerwę, wybijając szyby, albo niszcząc radiowozy,
Niby rozrywka dla dzieciaków, ale lepsze to, niż bym miał oglądać sam jakieś p***osy.
Wyobrażam sobie ciężki głaz i nagle w mojej dłoni pojawia się... Dildo fioletowe?
Okej, przyznam się, nie zawsze mi to wychodzi, spróbuję raz jeszcze, skupię się i gotowe.
Po kilku próbach uformował się idealny kamień, nareszcie!
No, to teraz pora rzucić w jakieś okno wreszcie,
I chyba wiem, które się do tego nada, jak to dobrze, że stoję tuż naprzeciwko jednego,
Biorę zamach i rzucam z całej siły. Cha, za pierwszym razem! Zbiła się na dziesiątki kawałków, dobra robota kolego.
Kolejne szyby zbite, zaczyna mi się to podobać,
Lepiej będzie, jak się stąd zmyję, namieszania dość zrobiłem, zapewne powiecie, bym się przestał pogrążać,
Ale, co ja z takimi umiejętnościami mam robić, powiedzcie mi,
Ratować ludzi mam, jak tamten dzieciak? To mi nie pasi,
Marysia by mnie opieprzyła, że się marnuję,
Musiałbym z nią się zgodzić, zawsze rację miała... Ehh, jak ja za nią tęsknię, jej utratę na serio opłakuję.
*****
Dobra, chyba wystarczająco się oddaliłem, nie powinni mnie znaleźć już,
Psy są na tyle tępi, że się nie połapią, kto to był, nie dorwą mnie, nawet szukając wszerz i wzdłuż.
Ale no, nikogo w okolicy nie ma, to chyba w końcu przyszła pora na czary mary,
Zacznę od porządnego smartfona. Zamykam oczy, koncentruję się, wdech - wydech i... Hm, zagraniczne browary,
Nie wygląda to jak Srajfon, ale nie ukrywam, trochę mnie suszy,
Otwieram butelkę i biorę głęboki łyk... A fuj, jakie ohydne to. Tworzenie piw chyba mi nie służy.
Próba numer dwa: prawie mi wyszło, tym razem telefon z klapką, to już coś.
Ciężko mi wyobrazić sobie telefon, którego nigdy w łapach nie miałem, czuję się trochę jak łoś,
Większość życia spędziłem w zamknięciu, to wiecie, nie było łatwo, powaga,
Pożyczaliśmy od piguł, kiedy chcieliśmy do kogoś zadzwonić, dla nas to była zniewaga,
Czułem się jak dziecko, ograniczali nas, na samą myśl się znów w****iam,
Trauma pozostała do dziś, ale no, było minęło, próby swoje ponawiam.
Próba numer trzy: chyba się poddaję, nic z tego nie będzie,
Tym razem stworzyłem gitarę, trochę żaryła, komiks. Trudno, bez smartfona się jakoś obejdzie.
Noc się zaraz zbliża, spać powoli pójdę, z rana do roboty i potem znowu okolice pozwiedzam,
Mimo, iż jest tu jak w śmieciowisku, to ma to swój urok. Ale się jedna teoria mi ostatnio potwierdza,
W to miejsce sprowadzili mnie kosmici... Brzmi jak szaleństwo, z którego ostatnio słynę, ale to nie może być przypadek,
Po niemal utonięciu wylądowałem tutaj, gdyż zlitowali się nade mną i uratowali. To ma sens jako taki i wcale nie brzmi jak wałek!
*****
Ahh, jaka piękna pogoda dzisiaj jest, a ja siedzę w robocie,
Niby wcale nie muszę, ale chcę jakoś na legalu tu funkcjonować, mieszkanie ogarnąć i tak dalej, wszystko w czoła pocie;
Moja mamitka mnie tego nauczyła, to ona opowiedziała mi o tajnikach dorosłości,
Szkoda, k***a, że zamknęli mnie w psychiatryku, za to, że chciałem ją uratować przed ojczymem. Doprowadziło mnie to do złości;
Chciałem jej pomóc, bił ją i kopał. Rzuciłem się na niego i obezwładniłem;
A psy w to nie uwierzyły, uznali, że to moja wina i c**j. Że to ja podwójne morderstwo popełniłem.
I widzicie w jakim to świecie przystało nam żyć.
Kusiło mnie, żeby tę miotłę je**ąć przez okno, by się wyżyć,
Ale się powstrzymałem, kiedy zobaczyłem piękną panią Adę na schodach,
"Dzień dobry" - powiedziała swym słodkim głosem. Najmilsza jest ze wszystkich. Nie wspominając już o jej nogach,
Ciekawi mnie, czy ona tak do każdego się uśmiecha, czy jestem jej wybrankiem,
Jeśli to drugie, to za*****cie, chętnie zostanę jej kochankiem!
"Pani Ado, może chciałaby pani pójść na randkę, pochwalę się też swoimi mocami" - nie mam jaj, żeby to powiedzieć.
Weszła do swojego mieszkania i się zakluczyła. Spokojnie kochana, nie wszedłbym do ciebie, pierw musiałbym ciut zmężnieć.
No dobra na czym skończyłem... Aha poręcza przetrzeć. Tylko kurde gdzie ja szmatkę zapodziałem,
W kieszeniach pusto. No i c**j, muszę nową stworzyć... Byłem pewny ogólnie, że w ręku ją miałem,
Nic to, standardowa procedura: myśl -
skupienie - wydech; przez te parę dni, trochę zdążyłem poćwiczyć,
Dzięki czemu za pierwszym razem pojawiła się szmatka, brawo ja, jest się z czego cieszyć!
*****
Dobra, robota skończona na dziś, mogę już wyjść w końcu, szybko poszło,
Albo nie, akcja, coś się dzieje. Jakiś goryl wlazł do klatki niemal wyrywając drzwi, ciekawe do czego takiego doszło,
Że ktoś taki jak on, musi kogoś gonić. Chociaż czy chcę to wiedzieć, nie chcę dać się znowu pobić,
Ostatni raz źle to zniosłem, wciąż mam sińce na gębie, wyglądam jak szkarada;
Dlatego też ja się lepiej odsunę mu z drogi, niech robi co chce i stąd spada.
"Wyłaź Ada, nie możesz się przede mną wiecznie kryć!". Czy on się dobija do mojej księżniczki? Chyba cię po****ło, nie na mojej warcie;
Wbiegłem na schody, jak najszybciej mogłem. Jak na złość, jakieś babcie mi zatarasowały drogę. "Z drogi mi złaźcie";
No sorry, nie miałem innego wyjścia jak się przez nie przepchnąć.
Dobra prawie dotarłem do celu, uff, puff. Się zmachałem, ale walić to, potem będzie pora, by odetchnąć,
Piękną kobietę muszę uratować, nie mam czasu do stracenia!
Nie wierzę sam, że to robię, ale instykt bywa silniejszy. Albo to, że nie chcę pozwolić do kobiety gnębienia.
Cholera, wlazł już do środka. Ostatni stopień został i jestem.
"Pani Ado!" - jej krzyk usłyszałem za ścianą, bez chwili wahania do jej mieszkania wbiegłem.
Sk****syn szarpie ją za włosy wymachując gnatem, to ci c**j jeden,
"Puść ją, albo cię za****e" - zza jego pleców krzyknąłem, samemu już trzymając AK-47,
Pauza, pora na krótki komentarz. Pamiętacie jak mówiłem, że tworzę rzeczy, z którymi miałem kiedyś styczność?
Nie? Ale się pewnie mogliście domyślić. Kilka dni ćwiczeń i patrzcie jaki efekt, kolejna do kolekcji umiejętność!
"Puszczaj powiedziałem, głuchy jesteś?" - ani drgnął, dalej ją trzyma.
*Brrt* - krótką serię puściłem prosto w plecy. Miałem nadzieję, że to coś da;
I nie uwierzycie, w to co powiem. Kule przez niego przeleciały...
Od razu podszedłem do niego, z zamiarem dobicia z bliska, i wiecie co? Nawet takie uderzenia o niego nie imały,
Jakiś błąd w Matrix'ie czy jak? Raz jeszcze spróbowałem, i nic... Nie wiem, nie rozumiem tego,
Co tu się od******la. Ada zamilkła, ba, nie rusza się już, tak samo jak ten typek. "Halo, jest tu ktoś w domu?" Nic. Mam autentycznie mindf**ka niezłego...
*****
Paręnaście minut tu już czekam na jakiś rozwój wydarzeń,
Cóż, ten dzień nie jest tym z moich marzeń.
Jak mogliście zgadnąć dalej się nie ruszają, nieźle co?
Szturchałem co jakiś czas, ale żadnego efektu nie przyniosło to,
I dobra przyznaję, majtki kusiło, żeby jej ściągnąć, ale nie dałem rady,
Dłoń moja przeniknęła przez nią na wylot, także cóż, nie dane mi zobaczyć wdzięków Ady.
Dobra, walić to, spadam stąd, nic się już raczej nie stanie,
Szkoda mi jedynie tego kałacha, do niczego się nie przyda, a szkoda, wyszedł mi on bardzo ładnie.
Opuszczam jej mieszkanie ze smutkiem, ani jej nie pomogłem, ani się z nią nie przespałem,
Podwójna porażka - inaczej nazwać tego nie mogę. W ogóle ciekawe, czy u innych jest tak samo. Z ciekawości do sąsiada zapukałem;
Nikt nie odpowiada. Zaryzykowałem i z buta wywaliłem drzwi...
A właściwie się wyj****em, bo nie umiem utrzymać równowagi i jestem ciotą. Tak wiem jak to źle brzmi.
Całkiem wygodnie jest w sumie, można by o życiu porozmyślać i tak dalej...
No, ale dobra pora ruszyć dupę, bo leżę już troszkę czasu. Muszę rozwiązać zagadkę tej sytuacji niezrozumiałej;
Przynajmniej mam wymówkę, żeby już nie iść do roboty,
Z resztą, do pozostawania znowu samemu na pastwę losu nie mam ochoty,
Bo, co to za frajda, dokonywać rozbojów bez psów na karku, serio fajnie było;
Albo zaje***ie jakiegoś menela, no kuźwa sami widzieliście i sami na pewno się dobrze bawiliście, a w zanadrzu miałem kilka innych rzeczy i nie tylko!
*****
Jak już byłem po drugiej stronie ulicy padł zza moich pleców strzał,
Omal się znowu nie wywaliłem. Nikogo za mną nie było.
Nie gadajcie że... Ada. Ja pi****lę, jak? Gdybym wiedział, to bym dalej tam został.
Jeszcze jeden strzał, suk****n się pewnie teraz za**bał,
Nie dziwię mu się, gdyby tylko wyszedł to gorszy los by go spotkał, więc lepszej opcji nie miał,
I znowu ten sam huk... Albo mi się wydaje, albo ziomek strzela w tym samym odstępie czasowym...
No chyba, że mi się wydaje, w końcu ten dzień był pełen wrażeń, a ja jestem już zmęczony.
Again... And again... And again... Użyłem tu angielskich słówek, żeby nie było, że za dużo powtórzeń daję,
Ja was znam, przyczepiacie się o byle co, nie ukrywam do składania zdań się nie nadaję.
Najśmieszniejsze jest to, że faktycznie miałem rację, coś za dużo tych strzałów,
W tym czasie zbliżyłem się znowu do drzwi wejściowych, ciekawość mnie zżera pomału.
Przygotuję się lepiej, ale wezmę może coś innego, mniejszego,
Z obłoku dymu w mojej dłoni pojawił się rewolwer. Chyba to ten słynny Magnum z filmów akcji. Elegancko, niczego bym raczej nie wymyślił fajniejszego.
Do środka wszedłem raz jeszcze i ku mojemu przerażeniu, czy jak to się mówi,
Pani Elżbieta, taka starsza gitówa, którą mało kto lubi,
Zrespiła się na schodach, jak to młodzi gadają, z nikąd, ale to nie wszystko,
Dziwnie się zachowuje, raz idzie do przodu, raz do tyłu, faktycznie jak w Matrix'ie trochę. Ehh, moje ty biedaczysko.
Szkoda, że ciebie spotkał taki los... Jeszcze tylko tak dla pewności... Niet, moja splówa ją przenika, nieważne czy ją chcę dotknąć w ramię, plecy, nogi, czy też nos.
"Dawid". Co jest? Marysia, czy to ty? Gdzie jesteś, kochana? Tak za tobą się stęskniłem.
Nikt mi nie odpowiedział, ale wydaje mi się, że chyba głos dobiegł z dworu. Przez takie latanie w tę i we w tę się wk*****em,
No wiem, narzekam za bardzo, ale nie lubię takich sytuacji,
Przypomina mi się ostatnia robota, to tam przywaliłem temu deklowi, co na początku mówiłem. Staram się unikać takich akcji.
Może to też te słynne PTSD, o którym mi mówili, choć w te bzdury nie wierzę...
Dobra dość gadania, wychodzę, bo więcej tych dziwactw już nie zdzierżę.
*****
Wybiegłem na zewnątrz, nie czekając dłużej ani chwili,
Rozglądam się dookoła, nikogo k***a nie ma. Co to ma być? Łapy mi się tak trzęsą, że aż gnata upuściłem. Ja się autentycznie boję, a ta cisza czasu mi nie umili.
"Dawid!" Aż uszy mnie zabolały, ale wciąż, nie wiem kto mnie woła,
Ten głos... Jest taki głęboki, przerażający, ja p*****lę, jak z najgorszych koszmarów. A miał mi ten dzień wyglądać inaczej zgoła,
"Chodź no tu i pokaż się c**lu". Przyznaję, spanikowałem, pewnie za chwilę zacznę żałować swoich słów.
"Weź się w garść, zmiękłeś, stać cię na więcej!" *Plask* - aua, trochę za mocno, ale walić to, było warto, muszę nabrać odwagi znów!
"Dawid!!". Aua, moje bębenki. "Nosz, zrozumiałem przekaz, wyjdź to ci srogo na**bie".
Poczułem jak mnie dreszcze przeszyły i c**j stanął... Cóż, jak do tego doszło, nie wiem.
Jakiś duży okrągły cień mnie otoczył, robi się coraz większy, tak nagle w sumie się pojawił,
To coś chyba jest na górze. Cholera, nie chcę tam patrzeć, nie zrobię tego... Dobra, patrzę... Osz kurde, prawie bym się w dodatku śliną zadławił.
Myślałem, że takie rzeczy są tylko w filmach sci-fi, kiedyś taki nam puścili w wariatkowie,
Nade mną unosił się spodek, wielki jak diabli, cichy, metalowy, niesamowity. Niech no tylko Marycha się o tym kiedyś dowie!
Jest w nim coś przyciągającego, ciężko oderwać wzrok, ale coś czuję w kościach, że chce mi to zrobić krzywdę,
"Dawid!" - tak to z tego spodka dochodzi ten głos, może lepiej jak się powoli wycofam, jest to z mojej strony całkiem sprytne.
"Oddaj to, co ukradłeś". Po tych słowach z spodu wysuwa się wielka jak sk****syn lufa,
I jak wystrzelił! Na szczęście nie trafił, chyba mam to traktować jako ostrzeżenie, ale i tak, spadam stąd, nie na moje nerwy są takie cuda...
Rozglądam się jeszcze wokół siebie, fajnie by było czymś odwrócić uwagę, ale chyba nie ma na to czasu,
Dobra krótka piłka, pokazuję im f**ka, odwracam się na pięcie i biorę nogi za pas, oby tylko mi płuca nie siadły, muszę przede wszystkim nabrać dystansu.
Szczerze, nie wiem dokąd mam się udać, biegnę przed siebie, staram się unikać laserów,
Nie dam się zabić przez tych frajerów!
Widzę przed sobą market, wbiję tam z buta i gdzieś się ukryję,
A przynajmniej się postaram, bo tłum zepsutych ludzi blokuje mi drogę. No trudno, by się przepchać siły użyję.
Oni i tak nie żyją, co nie? Ten świat to symulacja. Od początku to wiedziałem;
Ale to UFO chyba jest prawdziwe, wpływa na otoczenie czy coś. Cha, a ci debile z psychiatryka wmawiali mi, że zwidy od zawsze miałem...
*****
Aua... K***a! Wejście nie zadziałało i wbiegłem prosto w szybę wybijając ją... Boże, ile tu krwi,
Skręciłem od razu w najbliższą alejkę i padłem na glebę. Widok moich zakrwawionych rąk zaczął mnie mdlić.
Muszę wyciągnąć to szkło jak najszybciej - a chyba odłamki wbiły się wszędzie -
zabandażować rany i lecieć dalej,
Czasu do stracenia nie mam, czuję jak mi się we łbie kręci. Pojęcia nie mam jak wybrnąć z tej sytuacji marnej...
Próbuję stworzyć bandaże, ale mi to nie wychodzi. Raz jeszcze próbuję i nic;
Cholera jasna, moce, gdzieście się podziały, kiedy jesteście mi potrzebne. Nie zostawiajcie mnie teraz! Nie wierzę, że to też pic...
Osz k***a, jak j**ło. Nie no błagam nie teraz... Wyciągnę szkło z rąk w miarę możliwości i zatamuję krwotok koszulką...
Nie ma szans. Za dużo tego. Nie mam już sił, nie chciałem umierać w taki głupi sposób, a tu widzicie, w grobie już jestem jedną nóżką.
"Boże... Przepraszam, za to co zrobiłem, nie jestem złym człowiekiem, chyba, po prostu miałem pecha w życiu."
Nie modliłem się od dawna, ale kiedyś w końcu musiała nadejść pora, co? Czuję, że nie zostało mi dużo czasu na zbyciu...
A tak sobie zarymuję, ten ostatni raz, w bezsensowny sposób, j***ć to,
Także tego, miło mi było was poznać... Nie pozostało nic innego, niż zostać osądzony za każde popełnione przeze mnie zło...
*****
