Popołudnie
wśród lip i złotych cieni,
wiatr niósł po trawie ciepły sen
i gładził szeptem ziemię.
Leżeliśmy wśród trawy tak,
jakby nas lato wymyśliło,
a słońce przez zielony dach
spływało złotą, cichą chwilą.
Gałęzie chwiały miękkie światło,
liść za liściem, jak westchnienie,
a wolny czas kołysał nas
w zielonym świetle i milczeniu.
Miałam na skórze letni blask,
jak dzień dojrzewał wśród zieleni,
a wiatr wplątany w moje włosy
muskał je lekko promień po promieniu.
Twoja dłoń w mojej - ciepły puls,
co płynął wolno aż pod serce,
i cisza była bliżej nas
niż wszystkie słowa razem wzięte.
Daleko miasto gasło gdzieś,
jak obcy sen za linią światła,
tu tylko niebo, trawa, zmierzch
i twoje oczy pełne lata.
A kiedy liście porwał wiatr,
świat nagle zgubił cały pośpiech,
i tylko lato trwało w nas
jak ciepły oddech pośród powiek.
