Ballada z morałem
Słuchajcie ludzie mojej ballady, bo to historia prawdziwa:
W jednem królestwie król raz panował Henryk się Ósmy nazywał.
Wiem co myślicie, lecz to nie Anglik. I nawet jest dowiedzione,
Że nie miał żadnej pani na boku, a tylko królową - żonę.
Lecz to nie temat tej opowieści. Nie o tym śpiewać zamierzam,
A o kanclerzu, bo król miał w rządzie bardzo dumnego kanclerza.
Kiedy król poszedł raz do ogrodu, żeby wypielić begonie,
Kanclerz wziął króla berło, koronę i zaraz usiadł na tronie.
Chyba z godzinę król był w ogrodzie, aż się dziwili sąsiedzi,
Wrócił - korony nie ma na półce, a kanclerz na tronie siedzi.
- O żesz ty! - zaklął król dość wulgarnie, choć królom tak nie wypada,
Wziął miecz, co zwykle wisiał na ścianie i ukatrupił nim dziada.
Potem zadzwonił na służącego - Zróbże porządek z komnatą!
Na czym mam usiąść, kiedy na tronie wciąż siedzi ten uzurpator?
Zabrano ciało, zmyto krew z tronu, a potem aż do wieczora
Król mógł spokojnie siedzieć na tronie. Teraz jest pora na morał.
Każda ballada musi nieć morał, lecz ta skleroza przeklęta...
Całą historię zapamiętałem... Morału zaś nie pamiętam.
.
