Noc
w tle Wariacje Goldbergowskie.
Wyciągam palec wskazujący
dotykając błony
oddzielającej moje centrum
od reszty.
Płaskie uniwersum
ugina się,
ale nieznacznie.
Bóg siedzi w rogu.
Dawno temu powiedział mi
kilka słów,
teraz milczy uparcie,
jak podstarzała sowa Minerwy
po udarze.
Piękno,
owszem, owszem,
zebrało się go trochę.
Suszy się w pamięci,
jak grzyby
po dobrym sezonie;
nie wiadomo
dla kogo.
Czas,
ani płynie,
ani stoi w miejscu,
leży na kanapie,
zbyt znudzony,
by coś odmierzyć.
Ciało
wciąż domaga się ciała;
no tak.
Umysł
usycha z głodu,
nienasycony,
jak za lat zielonych.
I jak tu spać
albo umierać?
Świt blisko,
sikorki i wróble
przylecą wydziobać
resztki ciemności.
Daleki stukot pociągu
znowu rozpocznie
dzień.
