Choker
taka, która sama się wydarza,
która śni o kręgu
i budzi się w nim jak w znaczeniu.
Głowa wierzy:
że ucisk jest formą obiegu,
że ciasnota potwierdza kontur,
że istnienie potrzebuje ramy
i numeru seryjnego.
Przebierasz w krtaniach jak w winach,
dekantujesz je w ustach światła:
ta za cicha, ta zbyt miękka,
ta nie zna kursu własnego pulsu,
tamta psuje smak umierania.
Szyje przychodzą same —
wyrastają z kołnierzy i planów,
z ambicji noszonych pod skórą,
z luster, które nie domykają odbić.
Każda obiecuje więcej niż oddech.
Nie chcesz byle jakiego tchu.
Przeliczasz kręgi na wartość,
ważysz pragnienie w milimetrach,
przymierzasz dumę do obwodu,
sprawdzasz, czy strach ma certyfikat.
Zaciskasz się nie na ciele,
lecz na zamiarze.
Myśl sinieje pierwsza.
Potem leżysz w gablocie —
okrągły, spokojny,
pełen szyj, których nie nosisz,
z metką „luksus”
i pamięcią palców
odciśniętą w powietrzu.
