Rantka
przeciągam palce przez końcówki lęku
jak przez nitki,
które mają mnie zszyć
w wersję gotową do wyjścia
szpilki straszą jak duchy,
unoszą kilka centymetrów nad ziemię
suknia przytula zbyt ciasno,
żebra wyłamuje
gorsetem wszystkich „nie teraz”
— trzymam fason
rękawiczki plączą się z kośćmi,
kto tu kogo ubiera,
kto tu kogo rozpruwa
lustra mrugają:
„znowu próbujesz być piękna?”
oczko za oczkiem, w pętelkę,
ścieg równo poprowadzony —
wyjść z domu albo zostać
pod paznokciami
tkają się resztki rozmów,
zasychają jak lakier
śmieję się sekundę za późno,
milknę sekundę za wcześnie —
szew puszcza
sznur pereł pęka w łazience,
toczą się po płytkach
jak białe oczka
nieudanej pikotki
z cierpliwości wyciętej z wykroju
zostaje tylko ślad twojego spojrzenia,
zaplatany w moje włosy —
na zawsze albo do deseru.
„Picot”, wymawiane jako /piko/, jest zdrobnieniem pochodzącym od francuskiego czasownika piquer, „kłuć".
