Liturgia rozkładu
nie w nawie, lecz pod nią,
w jamie ziemi pod ołtarzem świata,
gdzie stopy zapadają się w miękkość mięsa,
a kolana uczą się błota jak pacierza.
Kości wyłażą spod ciała
jak białe psalmy wyłamane z brewiarza,
odmawiane na opak
z nabożną cierpliwością robactwa.
Larwy są tu chórzystami,
śpiewają z ran Kyrie eleison,
każda dziura to usta,
każdy wrzód — relikwiarz bez witraży.
Śmierć nie odcina — ona namaszcza.
Palcami z próchna i ciszy
zdejmuje warstwy jak szaty liturgiczne,
aż zostaje forma czysta:
pozbawiona kłamstwa skóry
i herezji tchu.
Krew ciemnieje, gęstnieje,
staje się winem dla ziemi,
komunią przyjmowaną przez korzenie.
Tu brzuch zapada się w siebie
jak kaplica po pożarze dogmatu,
a kręgosłup — gotycka nawa —
trzeszczy pod ciężarem wieczności.
Szczęki, rozwarte w ekstazie gnicia,
nie wabią już uśmiechem ikon.
To nie zbawienie — to prawda.
Nie zmartwychwstanie — lecz rozpad.
Chwała ciału, które gnije,
bo tylko ono dotrzymuje obietnic
rozkład jest wierny do końca.
