Sztuka podrzynania gardeł
metal ma chłód argumentu,
ręce pachną lateksem.
Leżałam rozpięta między
„proszę się nie bać”
a smakiem rdzy
zalewającym płuca.
W znieczuleniu miejscowym jest coś okrutnie eleganckiego —
zostawiają ci świadomość
jak serwetkę pod brodą.
Krew miała smak starej monety
i cierpliwość przypływu.
Wypełniała gardło ceremonialnie,
jakby chciała zająć miejsce po słowach.
Czułam każde szarpnięcie
jak wyrywanie zdań.
Jak redakcję
od środka.
I nagle okazało się,
że można tonąć pionowo,
na wznak,
pod białą lampą,
sterylnie.
Kaszel zabrzmiał niegrzecznie,
jak ja,
która jednak próbuje przerwać.
Ktoś powiedział:
spokojnie, nie oddychaj.
Nie sztuka ciąć gardła.
Ktoś inny:
jeszcze chwilę.
Sztuka zrobić to tak,
byś jeszcze kiwała głową,
że rozumiesz.
Ciało nie zna słowa „chwila”.
A ja dławiłam się
tak dokładnie,
jak dławią się idee —
powoli, profesjonalnie,
w dobrze oświetlonych pomieszczeniach.
Najpierw proszą:
szeroko otwórz usta.
Potem mówią,
że to dla twojego dobra.
Potem wkładają narzędzia głębiej,
niż sięga język.
I kiedy wracasz do domu,
zszyta bólem,
z przerażeniem wręczając sobie
trofeum za przeżycie,
ludzie pytają tylko,
czy operacja się udała.
A ja chciałam zapytać,
od jakiej ilości krwi
milczenie uznaje się za uzdrowienie.
