chatka na kurzej nóżce
mieścił się
w wiadrze po borówkach
szłyśmy między krzakami
las otwierał się
jak zeszyt w kratkę
wszystko miało swoje miejsce
sok na palcach
słońce przyklejone do ramion
pamiętam krowę –
znała jej ręce
lepiej niż własne imię
mleko płynęło spokojnie
jakby czas
dało się wydoić
i odstawić
do glinianego garnka
indyki
białe skupiska gniewu
z czerwonym rdzeniem strachu
rozpadały się w ucieczce
na jedno jej słowo
uczyła mnie drożdży
trzeba je przykryć ściereczką
rosną tylko wtedy
gdy się nimi opiekujesz
jak dom
wiedział
co robić
ściany trzymały ciepło
piec oddychał
sufit
nie bał się zimy
życie było prostsze
o mniejszej liczbie zmiennych
skromne
jak stół przykryty koronką
czasem brakowało pieniędzy
ale nigdy zapachu
świeżego ciasta
dżemu uwięzionego w słoikach jak lato
kiszonek
cukinii większej niż moja głowa
leżącej na parapecie
jak zielony satelita domu
dziadek
siadał i czekał
aż kompot ostygnie
cierpliwość –
była też formą pracy
do dziś
chodzę boso po podłodze
wiem dokładnie
gdzie skrzypi
jeśli dom milczał zbyt długo
wynajdywał sobie pracę
jak chochlik
który nie znosi bezruchu
tu coś naprawiał
tam rozkręcał świat
na części pierwsze
drewno na zimę rąbał tak
jakby szykował świat
na długą zimę
był strażnikiem narzędzi
rozmawiał ze zwierzętami
częściej niż z ludźmi
kot słuchał
bo od niego
można było się nauczyć
jak przetrwać
uczył zaradności
bez lekcji
pokazywał
że wszystko da się obejść
naprawić
podwiązać drutem
że ziemniaki
bierze się w dłonie
jak ciężkie myśli
i odkłada równo
w piwnicy
czasem mylił
kwiaty z chwastem
tak było
z moimi liliami –
ledwo wykiełkowały
nie zdążyły
przedstawić się słońcu
skosił je jednym ruchem
pewny –
że robi porządek
ziemia
nic nie powiedziała
pamięć
do dziś
wypuszcza je ostrożnie
tam
gdzie dom
chciał tylko
żeby coś rosło
i przetrwało
