Instrukcja BHP
czy napięcie wróciło do normy.
W rozdzielni jeszcze trzymają bezpieczniki,
opisane cudzą ręką:
kuchnia, ciało, łazienka.
Nie wybiło w nocy —
nikt nie dotknął mokrą ręką prawdy.
Ciało jest na jednej fazie.
Za mało, żeby udźwignąć czajnik,
światło i rozmowę naraz.
Serce ma osobny obwód,
żeby nie wybiło przy pierwszym spięciu.
W szufladzie trzymam
siebie
złożoną na trzy,
jak zapasowy przewód.
Prowadzę ją w ścianie, pod tynkiem,
żeby się nie pogniotła.
Używam oszczędnie —
do kawy, do imienia, do pisania.
Spółdzielnia prosi o przegląd.
Zgadzam się warunkowo.
Niech zostaną blizny —
one dobrze trzymają konstrukcję.
Miedź przechodzi w aluminium
bez pytania o konsekwencje.
Różnicówka robi się nerwowa —
minimalny upływ
i już wie, że coś jest nie tak.
Powietrze nie potrzebuje uzasadnień,
wystarczy, że przechodzi.
W przedpokoju gasnę.
Zawsze tam.
Światło zapala się w kuchni,
chociaż nikt nie wchodzi.
Instalacja pamięta ruchy
lepiej niż ja.
Wieczorem sumienie
znowu waży za dużo.
Odkładam je na parapet,
niech stygnie.
Miasto pracuje w tle,
jakby jutro było funkcją.
Wyłączam sekcjami:
najpierw to, co zbędne,
potem nadzieję —
ma zbyt duży pobór.
Zostawiam jedną lampkę
na przedłużaczu bez bolca.
Na wypadek,
że jednak coś przewodzi.
