Śmierć poety
Tren śpiewany przez chór rozbity
Z nimi cichy szum i wiatru wiew
Umarł poeta lękiem zbity
Lękiem – bo na Boga tronie
Pod błękitny strumień ciało złoży
I w niebiańskich chwał ustronie
Na wieczność duszę swą położy
Taka rola, takie powołanie
Lepiej być nie mogło – no cóż
Miałby złożyć odwołanie
To jak wbić w otwarte serce nóż
I wstępuje w błękit błękitów
Tam Bóg, anioły białe
Klęka – do spotkania gotów
Niebiosa radości całe
A Bóg ciałem patrzy, mówi
Prawie szepcze, grzmi nieśmiało
Słowa poety duchem łowi
Jakby stworzył ich za mało
Poeto, Ty jednym wierszem w wieczność
W łaski moje przyszedłeś niepewny
To co potem – już konieczność
Nektar Bogów jak źródło wylewny
Życiem pokazałeś sobie
Że potrafisz mądrze, ładnie
Zaufałem sile, a ta drzemie w Tobie
Wielkie serce – tron mój nie upadnie
