Dzień
Szczęk siekier, toporów, mieczy
Z prawej, lewej śmierci ciosy
I ból ludzki – człowieczy
Siekają ciała, wyblakła nadzieja
Tylko krew i ścięte głowy
W oczach upiornych cieni zawieja
Tnie świat na dwie połowy
I sen, i prawda gdzieś pomiędzy
W ferworze wzrok mętnieje
I trwoga, i rozpacz, mrok nędzy
Miesza się, pęcznieje
W krwi zwłoki – przeżyte
Na zbrojach krwawe znaki
Ciała pocięte, mgłą nakryte
I ulga, bo ból znikł wszelaki
A tam dwóch krzyczy, śpiewa
Wśród obłąkanych rycerzy
Swym krzykiem żywych zagrzewa
Bez modlitw, pacierzy
Ze śpiewem tną i walczą
Mieczami i krwią świeżą
Obecność swoją znaczą
Pod stopami trupy leżą
Nikt nie wie skąd siłę
I skąd biorą natchnienie
A w środku krew przez żyłę
Czerwonym strumieniem
Lecz buch i buch, i po chwili
W błoto ciężkimi kroplami
Martwi – ci co żyli
W żyle krew nie strumieniami
Lecz martwą, zastygłą rzeką
Co nurt swój wstrzymała
I upiór pod powieką
I śmierć uparta – wytrwała
