antybajka
niech w ogóle nie ma miejsca.
Niech będzie tylko szczelina
między „zaraz”
a „za późno”.
Nie ma imienia,
bo imiona są dla nazwanych,
a to jeszcze się nie zdecydowało,
czy w ogóle chce być.
Najpierw pęka niebo,
jak pękają talerze
w cudzych domach —
myślisz, że to u ciebie,
a to tylko ściany nadają
jak radio.
Z pęknięcia wypadają bajki,
ale połamane:
księżniczka wysypała
wszystkie zęby mleczne,
wróżka
niedoleciała,
smok zionął bez ognia
i bez chęci walki,
las zapomniał,
jak się zieleni
i rośnie.
Coś idzie przez świat,
ale nie chodzi —
raczej przesuwa się w pamięci.
Dotyka rzeczy
i one wierzą,
że mogłyby nie istnieć.
Morze cofa się aż do dzieciństwa,
zostawiając na piasku
martwe kompasy
i listy do Mikołaja.
Zegary roztapiają się,
czas ma gorączkę
i majaczy przyszłością.
Coś nie pyta.
Pytania uwypukliły się wcześniej.
Cisza kruszy się
jak piaskowiec w pięści.
Chowa się w słowach.
Słowa mają dziury,
jak ser szwajcarski.
Przez te dziury wypada sens.
Czasami
rzuca ten ser na książki
i sprawdza,
co z dziury wypadło,
a czasem zostaje już tylko echo,
które nie wie,
co powtarza.
I to wystarcza.
Katastrofa na chwilę się waha.
Niech tak zostanie.
Niech to nie będzie Nic.
Niech to będzie
to, co jeszcze się nie zawaliło
