Trzydzieści pięć metrów kwadratowych
Trzydzieści pięć metrów kwadratowych
wypełnionych po sufit zapachem chleba
sprzed trzech dni.
Najmniejsze dłonie próbują uchwycić
ostatki ciepła z ust matki,
gdy była przytomna, a brzdęk butelek
nie wybijał w czaszce trwałych dziur.
Żebra nie pamiętają świeżości wody,
spojrzenie przepływu troskliwych iskier;
z każdym nocnym krzykiem
po skórzanych śladach dotyk palców
molestuje obolałą skórę.
A ona leży. Chyba nie żyje. Jak mogłaby,
gdy ono tak rzewnie płacze obok.
Za chwilę przyjdą tu
eksperci od smutnych teorii.
Zakryją kocem. Przyniosą nosze.
Milczeniem zamkną za sobą drzwi.
