Nienaganna sanna
Pora na zabawę, czas zimowych szaleństw!!!
Konie rżą już krewko, tylko batem świsnąć.
Czekają, by dziarsko z miejsca ruszyć śmiało
i pociągnąć zaprzęg swą raźną tężyzną.
-
Obłożone sanie, tam nas ze czterdzieści,
mkniemy coraz szybciej, kawalkadą szumną.
A dalej następny korowód już bieży,
asysty kordonem, szaleńczą kolumną.
-
Ubaw, ekscytacja, śmiechu, co niemiara,
ścieżki, jak w tunelu, zasypane śniegiem,
a my wciąż przed siebie, nie ma dla nas przeszkód,
mkniemy jak wariaci, przyjemności przednie.
-
Tak szybko, tak chyżo, aż wiatr w oczy dmucha,
wiruje z zachwytu, już tchu nam nie starcza.
My dalej, wciąż szybciej, aż w twarz smaga śniegiem,
ktoś krzyknął w impulsie – Zatraćmy się w harcach!!!
-
Śpiewów zabłąkanie resztką echo niesie,
dzwonki strzępią uszy, głowa się weseli.
Nagle sanie bokiem zawisły gdzieś w zaspie...
legliśmy pokotem w tej skrzypiącej bieli.
