Erozja poza ramą
wyhodowany z cierpliwego czasu
trwa.
Wieża — jeśli istnieje —
nie tnie nieba jak iglica, lecz je dotyka,
muskając nimbostratusy fleuronem;
niebo staje się całunem,
który nie wytrzymał nacisku światła.
Sklepienie nad pustką
nie jest konstrukcją, lecz oddechem formy,
w której pion przestaje być kierunkiem,
a staje się stanem powietrza.
Ażurowy szkielet
pokrywają łuski gontów,
ciemniejące do barwy starej ziemi i mokrego popiołu;
przywdziewają ostatni ornat materii.
Światło wlewa się,
przymglone witrażem,
rozpada się na miękkie plamy
na pustych ławach,
w przerwach między nimi.
Pył
unosi się jak kadzidło;
wibruje echo kroków
w zamszone kręgi kropielnicy.
Woda nie odróżnia dotyku od intencji.
Ołtarz —
drewniany, prosty —
ugina się pod ciężarem obrządku.
Drewno i metal
oddychają tą samą wilgocią co niebo.
Rzeźby świętych —
surowe, nieproporcjonalne —
stoją w półcieniu bezimiennie.
W półotwartych, skamieniałych ustach
układa się ciemność
jak chorał bez źródła.
Śnieg osiada na nawie
jak biała stola,
warstwa po warstwie,
rozpuszczając
deska po desce,
rozszerzając
modlitwa po modlitwie
liturgię ciszy.
