Uczta
zaczęli – skromnie,
od smaku ust próbowania.
Pomyśleli: szkoda,
by temperatura ostygła,
nie tracąc ni chwili,
do jej sedna przystąpili!
Jęli się zapachem i smakiem
sycić – zdziwili się,
choć je znali, coraz nowe
odcienie odkrywali.
Spijali siebie w sokach, niby
w najlepszych nektarach.
Zadbali o muzyczną oprawę,
jej dźwięki w każdej frazie
mieszały się ze śpiewnym
romansem, ognistym paso doble,
omdlewającą rumbą.
Nasyceni ucztą wkrótce
w błogostan zapadli –
jednak się sobą nie przejedli.
Na kolejną mieli apetyt!
I gdy świt musnął ich skórę,
w półśnie szeptali obietnice,
gdzie następna uczta rozgorzeje –
gorętsza, głębsza, bez końca.
