Niedomyślny, czyli kolacja przy świecach
Ona suknię z dekoltem aż po pępek ubrała;
Dekolt wodą kolońską od Fariny spryskała,
A w dekolcie tym były piękne stare koronki,
W tych koronkach kusiły słodkie dwa biustu pąki.
Makijażu nie miała. Wstyd na twarzy mieć maskę.
Tylko brwi przyżegała prababcinym żelazkiem;
Czarne włosy rozplotła i ta fala spływała
Na tors nagi. Przez kontrast cera stała się biała.
Jeszcze krople weneckie w oczy sobie wpuściła,
By świec błyski ze stołu się w jej oczach odbiły.
Na kolację był befsztyk krwisty i jeszcze młode
Kartofelki smażone. Do nich ogórek z miodem.
Aby smaków bogactwo z dań wydobyć – tę fetę
Podkreśliła czerwonym i cierpkim cabernetem.
On przyszedł. Przyniósł kwiaty, rzucił jej miłe słowo –
Coś w rodzaju: Maleńka, dziś wyglądasz szałowo.
No a potem w pokoju zabrał się za jedzenie.
Czasem danie pochwalił, przerywając milczenie.
Kiedy zjedli wydusił dwa słowa pożegnania
Nie myśląc, że i ona jest do skonsumowania.
.
