wyblakłe istnienie
wewnątrz koszmarne sny
słyszę szept własnych myśli
kruszących spokój
na drobne kawałki
zegar tyka w pustej przestrzeni
po podłodze tańczą cienie
szepczą słowa, których nie znam
i chowają się w zakamarkach
słońce przez okno przemyka
ledwie tknie zimne podłoże
a w kątach wciąż echo krzyczy
o czymś, co minęło bez głosu
powietrze gęstnieje w każdym oddechu
słowa toną w bezdźwięcznej próżni
a ja liczę kroki w tym labiryncie
który wciąż rośnie w mojej głowie
uchylam rąbek tej tajemnicy
podłoga skrzypi wciąż wspomnieniami
i choć próbuję uciec od ciebie
wszystko wraca, jak cień, nieubłaganie
każdy krok w tym labiryncie
ciąży jak mgła nad moją głową
i choć szukam drzwi do wyjścia
znajduję tylko dialog ze sobą
