rzeka nie mająca brzegu
oderwane od rzeczywistości
targane losem nienawiści
z bagażem niepowodzeń
zmuszane do upadku
spalam się
czas chce mnie uciszyć
ale nie dam się złamać
krzyczę głośniej niż burza
noszę w duszy ogień
którego nie zadusił
do tej pory nikt
wciąż podnoszę głowę
mam poranione dłonie
a serce nadal krwawi
wspomnieniami
idę dalej, w towarzystwie cienia
który depcze mi po piętach
myśli i słowa
wybudzane nocą bez gwiazd
gdzie echo rodzi ból
i nikt nie zna jego imienia
każdy krok jest ciszą
zbyt ciężką, by ją unieść
więc tonę w sumieniu
jak w rzece bez dna
szukając brzegu, który
od dawna nie istnieje
