Dziewczyna z pożółkłej fotografii...
z lekką smugą szarości,
jak niebo,
gdy świt jeszcze waha się przed dniem.
Fryzura mokrej włoszki z tamtych lat
unosiła się nad jej ramionami,
pełna powietrza,
młodości i niepokornego snu.
Ciemna sukienka z kołnierzykiem
jak biała fala
otulała szyję delikatniej
niż dotyk słów...
kocham cię.
Na piersi lśniła mała broszka,
jak sekret,
którego nikt nie umiał nazwać.
Stała w drzwiach salonu z uśmiechem i tacą szklanek,
jakby podawała gościom
małe porcyjki szczęścia.
Grażyna,
trochę dama z włoskiego filmu,
trochę dziewczyna z sąsiedztwa,
która nawet na starej, pożółkłej fotografii
wciąż potrafi rozjaśnić pokój
kolorem swoich oczu,
już bardziej szarych niż zielonych,
lecz wciąż tak pięknych i uroczych,
z sercem otwartym i szczerym,
jak gdyby całe życie
nadal mieściło się
w jednym jej spojrzeniu.
Przez tyle lat pokazywałaś mi świat, cuda życia,
radość z wypełnionego czasu, z tego, co dał nam los,
i sprawił, że kochamy do dziś.
Z tego, co było tylko nasze,
smutku, który rodził się tak samo jak radość,
lecz zawsze ciszej
i bardziej wyczuwalny.
Jesteś wszystkim, co mam,
i wszystkim, na czym mi zależy.
I wciąż, gdy patrzę na tę pożółkłą fotografię,
wiem, że to wciąż Ty.
I wciąż w tym samym świetle.
A czas?
On tylko patrzy, i uczy się od Ciebie.
I tak już jest.
I dobrze.
Jesteś.
I to mi wystarczy.
