Wicher
jeszcze noc, a nagle dzień.
Biegnie szybko do Kościoła,
gdzie anielski chór ją woła.
Trampek trochę rozwiązany,
kosmyk włosów rozczochrany.
Aż sukienka, w rannym pędzie,
groszki pogubiła w drodze
i zupełnie, tak przypadkiem,
jeden znalazł się na nodze...
Z niedoczasu wplotła wstążki
w rozwichrzone swe kosmyki,
opróżniła też kieszenie,
gdzie chowały się kamyki.
Kolorowe, pozbierane,
jak marzenia, tak schowane,
byś ich nigdy nie odnalazł
i nie ukradł po kryjomu,
nie rozsypał gdzieś na drodze,
schował w słoik gdzieś tam w domu.
Ona będzie potem szukać,
tak jak szuka całe życie.
Nie pomaga nawet napis
w tym różowym skoroszycie.
Mówią o niej: „z głową w chmurach”,
ciągle myślą, gdzieś ucieka,
a gdy pali się i wali,
ona jeszcze chwilę zwleka.
Ale wiesz, ona ten chaos
czułą dłonią oswoiła,
dała mu na imię Wicher,
ramionami przytuliła.
I nie tylko głowę w chmurach,
a i także całe ciało
czasem schowa między nimi,
tak jej życia wiecznie mało.
Tak naprawdę, tylko wtedy
w swoim Wichrze znajdzie szczęście
i odnajdzie radość chwili
w zwariowanym życia pędzie.
