prawdziwa twarz
w obłokach topią się chaosem
krzyczący wir znienacka uderza
mgłą rozłożystą jak sukno
za wioską kołyszą się wzgórza
grzbietami dotykają nieba
na polach purpurowy żużel
w szumach półbrzasku bucha
rzeczywistość spada płatami liści
pasma okien jak pasy transmisji
snują się leniwie od morza do Wisły
do sypialni idę ubrać diabła
skrzydła czarne, głowa koguta
palą się płomienie wstydu
po przyległej ciemnej sali
spacerują długie ręce
lunatyczne nogi
schodzą z kanapy
kręgosłup pełen prądu
szuka brzmienia telefonu
oświecenie kopie w kliszę
wywołuje twą prawdziwą twarz
