SZKIELET ORGANÓW
budowla ciała ma plan
tylko wykonawcy wiecznie się kłócą
serce nie sługa –
a jednak haruje na trzy zmiany
tyka jak zegar
żebyśmy nie udawali, że „mamy czas”
język mieli –
z ziaren słów miesza mozaikę opinii
czasem aż do krwi
żeby prawda była łatwiejsza do przełknięcia
ktoś siedzi na wątrobie
bo człowiek lubi trzymać urazę
w miejscu, gdzie filtruje się życie
wścibski nos
zawsze pierwszy w cudzym losie –
jakby obce powietrze było ciekawsze
łydka przypomina łódkę
i niesie mnie przez dzień
po falach chodników
stopa liczy procenty:
ile wysiłku za ile sensu
ile drogi za ile „warto”
udo – w liczbie mnogiej się uda:
gdy jedno nie wytrzyma
drugie udaje, że da radę iść
uszy zanurzone po szyję
w szumie świata
a cisza i tak znajduje dojście
jak woda pod drzwiami
zęby – imadło
zaciskają pewność na tym, co kruche
a potem mówią: „to nie ja”
dłonie wycierają wargi
żeby zetrzeć z nich
smak wypowiedzianego za dużo
usta całują dłonie –
jakby przepraszały narzędzia
że znowu muszą dźwigać serce
a przyrodzenie – nazwa słuszna
w czasie prokreacji
bo wtedy człowiek na chwilę wierzy
że naprawdę przy-radza się światu
i że nie jest tylko pomyłką w spisie treści
i tak stoję –
cały rozebrany do funkcji
a jednak pełen pragnień
jak dom, który nocą nagle chce być ciałem
kiedy wszystko się wreszcie składa
okazuje się, że to nie „ja mam ciało”
tylko ciało ma mnie –
i całe jest ciałem niebieskim:
z gliny, z gwiazd, z oddechu
z tej samej ciemności, co miłość
