Truteń
łapiąc promienie słońca nieśmiałe
i rozważałem przypadek trutni,
czyli ich życie niedoskonałe.
Rodzą się w ulu, jak inne pszczoły
karmione mleczkiem pszczelim i miodem.
W szkole pszczół mówią o nich matoły,
choć doceniają też ich urodę.
Los dekadencją dotknął ich dusze,
do pracy mają podejście względne.
Od miecza bliższy jest im garnuszek,
lecz przy tym oczy mają obłędne.
Gdy kipi lato, on jak statysta
nie chce ubrudzić swych jasnych dłoni.
Mówią nań kochaś i pacyfista,
gdyż wzdycha, oraz ma wstręt do broni.
Cóż, zamiast żądła los mu gitarę
dał i pod brzuchem też to i owo,
oraz w serduszku potężną wiarę,
że oczarować zdoła królową.
Żre ponad miarę gdy ma natchnienie,
w końcu natura bywa dość wredna,
bo choć gra niczym amant na scenie,
trutni jest tysiąc, królowa jedna.
Jesienią w ulu wielka hulanka.
Tańce, seks, żarcie w oparach miodu.
Każdy się sprawdza w roli kochanka,
lecz rano, paszoł won do ogrodu.
Tam kończy z głodu, lub jako danie.
Nic nie pomoże, że jest tak miły.
Wszystko przez pszczoły, te wredne panie,
które zabawkę sobie stworzyły.
Kocham próżniactwo i dobre żarcie,
taniec, a nawet wątek kielicha.
Lecz nie chcę trutniem być by na starcie
raz bzyknąć, potem zaś z głodu zdychać.
