Czarny Orfeusz
i niebo kruszeje, ku ziemi się skłania -
z żaru, gdy serca wiecznie spragnione,
smutnym dniem gasną, w Copacabana.
Wraz z chłodem nocy spływa zalotnie,
tam, skąd rytm samby tęsknie dociera.
Choć bardzo pragnie, tańczy samotnie,
w dźwięku skąpana - w czerni Wenera.
Kochanka ciemnego księżyca, gotowa,
w rytmie magicznym, w pełni nadziei,
w takt nuty za nutą, łaskawa królowa,
ust mu rozchylić w kwiat orchidei....
A wtedy śpiew syren nie wezwie z dali,
kochanków co nigdzie już nie popłyną.
Żal tlić się będzie - tak mocno kochali,
jak za żaglami, co w ląd się nie kryją.
Gdy dość się zgiełk nocy sobą napawał,
z rankiem się zmaga, blednie Cefeusz.
Dnia kolor wygląda, cichnie karnawał.
Pogrąża się w brzasku czarny Orfeusz.
