Sokół
sunęła między szelestem
zeszłorocznych liści,
a leniwym wschodem Księżyca.
Ostrożnie stąpała po gałęziach,
głaszcząc srebro brzozowej kory.
Dźwigała cień śmierci na sercu,
otulona szczelnie samotnością.
Wtapiała się kolorem w watahę.
Akceptowana przez leśną monarchię,
nuciła cichutką pieśń
o Księżycowym Sokole,
wypatrując jego sylwetki
na grafitowym nieboskłonie.
Poiła łzami leśne runo,
zaplatała wianki z marzeń
przetykane westchnieniem
i wspomnieniem baśni Andersena.
Las rozpoznał kształt jej snów,
przywitał ją pohukiwaniem sowy.
Lśniące usta zdobiła modlitwa,
dłoń dzierżyła białą lilię.
Zatrzymała się gwałtownie,
rozdarła nieuwagą szatę samotności.
Przestała śpiewać zaskoczona.
Spłoszone nieme łabędzie
przerwały rozśpiewaną ciszę.
Zobaczyła Go.
Przysiadł pewnie, majestatycznie
na zapomnianym konarze.
Skrzydła miał złożone,
brakowało kilku piór.
Wzrok bystry odbijał
jasną poświatę Księżyca.
Zamarła.
Podeszła bliżej,
jej źrenice płonęły,
serce wybijało głośnym echem
Nowennę Pompejańską.
A więc istnieje - pomyślała.
Położyła lilię przed Nim.
Musnęła czule ustami mgłę
utkaną gęsto między nimi
i wypełniła się kolorem.
Istnieję - usłyszała odchodząc z uśmiechem...
c.d.n.
