Kadr z nocy (Odeszli)
Resztę zabrał deszcz.
Echo krzyku —
rozprute nocą
jak szare płótno.
Deszcz zmywał wszystko powoli,
z uporem grabarza,
który nie znał litości.
— Nie —
powiedział ktoś cicho.
Lecz słowo zgubiło drogę
w labiryncie betonowych ulic.
Pierwszy ślad znalazł o świcie —
prawie niewidoczny,
jak oddech
na zimnej ścianie.
Dotknął —
i nagle wszystko zamieniło się
w ruch
Kamienne serce miasta
zacisnęło pięści.
Nie rozumiało jednego:
miłość nie pyta o pozwolenie,
miłość nie słucha wyroków.
Znalazł ją.
Stanęli naprzeciw siebie —
jak dwoje ludzi,
którzy przegapili własny koniec.
Czas się zawahał.
Uciekli razem,
przez cienie ulic,
szepczące zbyt cicho,
by ostrzec,
aż tam —
gdzie beton topniał w mroku.
— Wiedziałam —
wyszeptała.
A deszcz w końcu odpuścił.
Jakby pojął,
że nie wszystko
da się zatrzymać.
Przekroczyli granicę —
nie z kamienia.
Ze strachu.
Zostawili go za sobą,
jak stare ubranie
przesiąknięte nocą.
Wyroki zostały w mieście —
ciche
i bezużyteczne.
A oni —
zrobili jedyną rzecz,
na którą nigdy nie było zgody.
Odeszli.
