Wielkie żarcie
Święta to wielkie żarcie. Niech kto powie, że nie.
Bez ustanku jedzenie, jedzenie, jedzenie.
Ledwo w oknie zabłyśnie dnia oko pięknego,
Rodzina do pokoju zmierza stołowego.
Tam czeka chleb w koszyku i półmiski cztery,
A na nich mięsa, ryby, sałatki i sery...
W milczeniu znika jadło, co stoi na stołach,
Bo na dziesiątą trzeba zdążyć do kościoła.
Wrócimy, gdy wybije zegar jedenastą.
To jest czas na słodycze - czekoladę, ciasto,
Cudzoziemskie owoce... Ach jest tego tyle!
Mango i pomarańcze, banany, daktyle...
Tutaj już o pośpiechu żadnym nie ma mowy,
Więc trwają takie same co roku rozmowy,
W tle, żeby nie przeszkadzać, ściszona muzyka
Z gramofonu, a może z radioodbiornika.
Bije druga. Już ciasta synowa zabiera,
Lecz wciąż trwamy przy stole. Obiad będzie teraz.
Na obiad mamy kaczkę, za chwilę. Na razie
Na stole żur się zjawia w fajansowej wazie.
Pan skruszył śmierci pęta, rozświetlił ciemności.
To powód, by się objeść do nieprzytomności.
Po obiedzie domowi przy stole zostają,
Na który tryumfalnie słodycze wracają.
Znów te same rozmowy, znowu w tle muzyka
I znów podkład banana, mazurka, sernika...
Bije siódma i stół się opróżnia od nowa,
Bo trzeba na kolację miejsce przygotować.
Jemy, choć tak na prawdę to już nikt nie może,
Lecz trzeba przecież uczcić zmartwychwstanie Boże.
Późno w nocy wstajemy nareszcie od stołu...
(Skoro świt powrócimy do niego pospołu.)
.
