Schody z dziurą
Tak zwyczajnie, po ludzku,
jakby strach miał dziś własny oddech
i siedział obok na krześle
w poczekalni moich myśli.
To kolejny schód.
Niby jeden z wielu.
A jednak ma dziurę,
której nie widziałam wcześniej.
Wkładam stopę ostrożnie,
w szpilce ,
bo przecież zawsze próbuję
iść ładnie, prosto, dzielnie,
nawet gdy trzęsą się kolana.
I nagle czuję-
utknęło.
Nie da się przejść dalej tak samo.
Nie da się udawać,
że wszystko jest jak było.
Trzeba wyjąć but.
Bez szpilki.
Bez dumy.
Bez pozorów,
że nic nie boli.
Trzeba na chwilę zejść niżej,
dotknąć ziemi,
poczuć ciężar własnego ciała
i powiedzieć sobie;
to nie koniec schodów.
To tylko jeden schód
z pęknięciem.
A ja…
ja nadal idę.
Pozytywnie ,
nie dlatego, że jest łatwo,
ale dlatego, że życie
nie pyta o gotowość.
Więc łapię chwilę,
jak promień na dłoni,
jak ciepło herbaty,
jak czyjeś „jestem”.
Nie załamuję się.
Nie dziś.
Bo siła
to nie brak strachu.
Siła
to wyciągnąć stopę,
odetchnąć
i postawić ją znowu.

Wiersz Miesiąca
Zaloguj się, aby móc zagłosować na Wiersz Miesiąca.