DLATEGO RZADKO RYMUJĘ
to zaraz słyszę: „Bliżej! Wyżej!”
Ten chce, by błysnął wers jak srebro,
ów – żeby mądrość miała żebro.
Ten mówi: „Ładne, lecz zbyt gładkie”,
tamten: „Za ostre i za rzadkie”.
Ów szuka sensu między rymem,
jakby był skryty za kominem.
Jeden się wzruszy nad przecinkiem,
drugi go nazwie błędnym linkiem.
Ten chce, by puenta biła młotem,
tamten – by przyszła cichym lotem.
A kiedy jeszcze rytm się niesie
i coś zatańczy w czarnym lesie,
to już się znajdzie znawca trzeci,
co krzyknie do mnie: „W banał lecisz!”
Więc siedzę czasem nad ekranem
jak nad zbyt kruchym starym dzbanem
i myślę: może bez tych rymów
nie będzie tyle słownych dymów.
Bo rym to bestia dość kapryśna:
raz bywa celna, raz komiczna,
raz niesie sensy jak karety,
raz robi z wersów kabarety.
Dlatego rzadko rymy kleję,
choć czasem jeszcze ten grzech sieję,
bo kiedy śpiewasz z nutą zdania,
to treść zostaje… do klaskania.
A przecież słowo po coś żyje,
nie tylko po to, by brzmieć czyjeś –
najdłużej trwa nie to, co dźwięczy,
lecz to, co głowę potem męczy.
