nieba blada pozłota
na spienionym tle fali
płomyk kręcił wężykiem
po czym ginął w otchłani
między piekłem a rajem
w złudzeń czystej krainie
błądził cieniem nadziei
gasnął zanim przeminie
postać, duchem przenikła
nieskalane to dzieło
miłość w ryzy ujęte
własne dziecko poczęło
cichym szeptem istnienia
dźwigał ciężar na czasie
tam, gdzie wiara uśpiona
głosił słowo , że da się…
a gdy świt go odnalazł
w popiół opadły skrzydła
zanim światła pogasły
pozakładał prawidła
