Pogarda
jak dziecko na gapę,
z dłonią zaciśniętą
z braku biletu.
Konduktor ciszy
odwracał wzrok,
a ja nie wiedziałam —
czy wolno mi wejść.
Czy mam zbyt ostre krawędzie?
Ty patrzyłaś w dół —pod koła własnego stracenia.
Nie miałaś rąk wolnych —
były zbyt zajęte
ratowaniem siebie,
serca, które tonęło,
aż życie w nim pękło.
Nie cofam bólu.
On był prawdziwy.
Nauczył skórę
oddychać inaczej.
Ale odkładam pogardę.
Patrzę na ciebie bez zbroi.
Widzę kobietę
zbyt zmęczoną,
by być czyimś schronieniem.
I mówię ci cicho:
Szanuję drogę,
która złamała ci duszę,
zanim zdążyłaś mnie podnieść.
Rozumiem już cenę
twojego milczenia
Los mówił za ciebie
