Kadr z nocy
Deszcz tłukł się o bruk
jak bębny nadziei,
która dawno zamilkła.
Latarnie wdychały noc,
a mgła ścinała ulice
jak zimne ostrze.
Miasto szeptało plotki,
cienkimi ustami rynien,
których nie chciała słyszeć.
Stała pod murem,
nieruchoma jak cień,
czekająca na wyrok albo cud
On wysunął się z półmroku ulicy,
z zapachem dymu
i obietnicą kłopotów.
Jak ktoś,
kto przewidział każdy jej ruch.
— To był błąd — wyszeptała.
Uśmiechnął się krzywo.
— Najlepsze rzeczy
zaczynają się od błędów.
Pocałunek był krótki,
ale smak miał głęboki —
jak sekret,
który noc schowała
przed świtem.
Miasto westchnęło ciemnością.
Kroki za rogiem przyniosły niepokój.
Spojrzeli na siebie.
Noc dopiero zaczynała pisać własną historię.
