Przypowieść o Cieniu
Zamykał drzwi.
Każde zatrzaśnięcie brzmiało jak powieki domu zmęczonego nocnym czuwaniem.
Światła zapalał jedno po drugim —
małe ogniska w ciemności, które miały go chronić.
Ludzie stali wokół niego niczym mury głosów,
ich śmiech i rozmowy zagłuszały kroki w labiryncie duszy.
W najgłębszej komnacie jego wnętrza siedział potwór.
Starszy niż pamięć, starszy niż pierwotny wstyd.
Nie ryczał. Nie polował.
Czekał.
Jak studnia czeka na odwagę czyjegoś spojrzenia.
Pewnej nocy światło zgasło.
Dom ucichł.
Ściany przestały chronić.
Zszedł w dół — po schodach utkanych z własnych lęków.
Każdy krok odbijał się w ciszy, która żyła własnym życiem.
Mijając maski porzucone przez całe życie,
czuł ich spojrzenia jak zimne dłonie.
Aż dotarł tam, gdzie od zawsze czekał Cień.
— Czy próbujesz mnie zabić? — zapytał
Potwór uśmiechnął się jak lustro, które przemówiło.
Nie było w nim gniewu. Nie było ataku.
Była cierpliwość i milczenie, które ważyło ciężej niż każda decyzja w życiu podjęta.
— Nie. — głos potwora drżał, jego szept odbijał się echem
— Czekam, byś zobaczył, że człowiek nie staje się całością,
idąc jedynie ku światłu.
Prawda rodzi się w ciemności.
Tam, gdzie odważysz się zajrzeć w studnię własnej duszy
i odkryć, że najciemniejsze miejsce w niej jest
zaproszeniem do przemiany.
