De.presja
znów wygląda
przez brudne okno.
Niechlujna, potargana
i spóźniona.
Dopiero co leżała
w litościwych
ramionach kołdry,
gryząc i szarpiąc do krwi
jej brzeg.
Czasu ma w bród,
rozciąga każdą sekundę.
Cóż, że jałową, bezsenną,
sponiewieraną brakiem tchu
i skołtunioną nadmiarem myśli.
Jeszcze tylko serce tyka...
Jak to się stało,
że weszła na ten cholerny stołek?
Kołysana rozedrganym
pląsem na sznurze,
uwiązanym niezdarnie do żyrandola.
Nieraz zarzucali jej, że gra,
a przecież nie ma widowni.
Od dawna żyje w zapomnieniu.
Pali się ze wstydu
od własnej nieporadności.
Wdech wtłacza do ust krzyk
i wyostrza spojrzenie.
Na chwilę.
Trupi zapach lęku
opada na podłogę,
wzbijając drobiny kurzu.
Dłonie...
Próbują trzymać się życia.
Nie napisała listu!
Wszystko na marne...
Nikt się nie dowie.
