Porcelanowy śnieg
ja ci przyniosę szklankę.
Pobiegłem szybko, jak tylko się da — jestem w kuchni.
Majestatyczny pan kredens pośrodku,
w towarzystwie kuchennego stołu z jedną szufladą,
która skrywała skarby,
oraz dwóch taboretów mniejszych niż ja.
Szklanka na samej górze.
Przecież dam radę.
Mama czeka.
Głos szeptał do ucha.
Raz, dwa, trzy — i już prawie.
Chwila przerwy.
Przechylam się do tyłu.
Dziwne wrażenie.
Takie jak na karuzeli.
Próbuję się złapać.
A co to się dzieje?
Przechylam się razem z żółtym kredensem.
Chwila zawieszenia — jak w locie.
Puszczam go.
Upadam na ziemię.
Krzesła rozbiegły się po kuchni.
Stół złapał mnie i wciągnął do siebie.
Jestem w środku.
Kredens kołysze się w zwolnionym tempie,
rozchylając wszystkie drzwiczki jak wachlarz.
Wysypuje cały swój majątek.
Deszcz porcelany pada na ziemię.
Biała kurtyna.
brzęk–trzask–krrach
Cała wieczność.
Strach przed tym, co się stało.
Bezmiar czasu…
A potem cisza.
Porcelanowy śnieg w kuchni
w ciepły dzień,
w rytmie szybko bijącego serca.
Co to teraz będzie…
