Ferment życia
jak —
dzban chmielu,
z pianą, która wycieka
na zewnątrz.
Chwila udawania dorosłego,
papier z napisem
„Dla ojca”.
Z uśmiechem na twarzy,
która skrywa wymiociny.
One krążą między krtanią,
a brzuchem.
Nie wychodząc.
Bar z gęstym
dymem i zapachem moczu —
szczypie w oczy.
Pot wyciska skórę
biboszy, jak ojciec.
Oczy uciekają na ścianę.
Ośmieszyca ze złotym
zębem, grubą ręką
napełnia dzban.
Papieros pali paznokcie.
Miedziak brzęczy
o stół baru
jak pęknięty dzwon.
Kartka podarta.
Kulawy kundel —
szczęka
przy drzwiach.
Ktoś rzucił mu kość.
Chwasty są ciepłe.
Chciałbym tu — zatrzymać czas.
Chwila nieuwagi —
naczynie pęka.
Oczy zamknięte.
Skórzany pas
z metalową klamrą
chlasta do krwi.
Klik.
Nie...
