Między Oddechami
I uczę się nie drżeć, gdy coś we mnie ginie.
Nie pytam już „czemu”, nie szukam odpowiedzi,
bo prawda bez słów i tak we mnie siedzi.
Pod skórą noszę zmęczenie bez słowa,
Jakby coś pękło lecz trwa od nowa
Składam się w całość, zszywana milczeniem,
By rano znów patrzeć na świat z istnieniem.
Poduszka zna ciężar niewypowiedzianych,
Tych wszystkich momentów cicho odkładanych.
Gdzie oddech się łamie tuż przed zaśnięciem,
A noc jest jedynym wiernym objęciem.
Nie trzeba imion, ni winy wskazań,
Są rany, co rosną bez śladu zdarzeń.
I serce, choć ciche, pamięta dokładnie,
Jak łatwo się gubi to, co trwało naprawdę.
A jednak gdzieś głęboko, pod warstwą zwątpienia,
Jeszcze się tli coś na kształt istnienia.
Nie woła, nie krzyczy, nie szuka ratunku —
Po prostu trwa w serca zaułku.
