Wczoraj
Przyszło zmęczone,
z odciskiem na barku,
z bólem wplecionym między łopatki
jak źle zasunięty suwak dnia.
A jednak usiadło obok .
I powiedziało;
patrz na dłonie,
te same, które czasem są tylko dłońmi
a dziś były mostem.
Mostem nad wodą cudzego lęku,
nad rzeką pytań bez odpowiedzi,
nad ciszą,
która od dawna liczy czas nie w miesiącach,
a w wynikach, nad mapą świata, którą ktoś od początku dostał zupełnie inną.
Przez chwilę
byłam oknem.
I przez to okno
weszło trochę światła.
Dziś zrozumiałam,
że sens nie zawsze przychodzi z fanfarami.
Czasem przychodzi po cichu,
siada na brzegu łóżka,
opiera głowę o zmęczone plecy
i mówi:
Widzisz?
To dlatego warto było wstać.
Jestem wdzięczna.
Nie za życie bez pęknięć,
takie byłoby jak porcelana zamknięta w witrynie.
Jestem wdzięczna za życie używane.
Za godziny rozciągnięte do granic.
Za ludzi, którzy wpuszczają mnie do swoich końców świata.
Za pracę, która nie mieści się w rubrykach,
bo czasem jest bardziej modlitwą niż obowiązkiem.
I nawet jeśli dziś
moje ciało protestuje jak stary dom na wietrze,
a szyja odmawia patrzenia w bok,
to serce…
serce stoi na środku dnia
jak dziecko z pełnymi kieszeniami światła
i powtarza,
jak dobrze,
że mogłam tu być.
