Zgon
śmieszny jest.
Liże mi słoną rękę.
Łaskocze bandażem.
Brud życia ma na języku,
ślini gardło,
jęzorem oblepia
brzuch żywego.
Zawsze bywa
w pobliżu.
Ciało znieczula.
Pocieszny na swoim
padole dna kieliszka.
Siedzi na krześle
skubie ze skóry paznokcie.
Chłodem oddycha —
i czeka sobie.
Mokrą ręką w kieszeni
szukam kapsla.
Śmierć bliźniąt
to było
w środę pod białą
speluną.
Mieli pecha na żebrach.
Tępa brzytwa jeszcze cięła. Solingen.
Kulawy pies szczeka
przy bucie.
Otwarte od szóstej rano.
Mam dwa złote.
złote zęby
i zgon
