Kiedy rozum śpi, budzą się demony
Ogarnął mnie sen i obudził demony.
A co, gdybym helikopter jaki potrzebował?
Czy byłbym tak zdolny, bym go skonstruował?
Albo maverick'a czy inne rakiety,
Już na samą myśl doznałem podniety!
Niemal pewnym będąc w tym sennym nałogu,
Żem zdolnym na tyle, by dorównać Bogu!
Wtem, ni stąd, ni zowąd, nagle zesztywniałem,
Gdyż za próżność i pychę paraliżu dostałem!
Łkając wniebogłosy, płakać w śnie począłem,
Prostując swe nogi nieopatrznie pod stołem...
A tam kable uszkodzone, bo „zabrakło kasy”,
Dotknąłem stopą plusa, zwierając do masy...
Niczym światło jutrzenki, niczym blask pioruna,
Sen straszny przerwała krótka spięcia łuna.
„Wybacz, Boże kochany, mnie nędznej miernocie.
Obiecuję, że już więcej nie zasnę w robocie!”
„I jeszcze pokornie wyznać Tobie muszę:
To, co niszczy obwody, ratuje mi duszę.”
I tak dziękowałem Bogu za pomocną rękę,
Że przebłyskiem swej Łaski zakończył mą mękę.
