Mała Japonia
A jakoś przypadkiem
Obejrzałam o niej coś w wiadomościach.
Dzień był lipcowy,
A lipiec deszczowy,
W powietrzu czuć było jesień.
Szłam chodnikiem,
krok za krokiem,
Pod czerwonym parasolem.
Włożyłam zamszowe czółenka
Na sporej platformie
I krótką khaki sukienkę z falbaną na dole.
Nie byłam gejszą
A co najwyżej k-popową zdzirą
I nie szłam ulicą pod kwitnącą wiśnią.
Drobne kamyczki drażniły mi łydki,
Czułam chłód,
Przeszły mnie dreszcze,
kroczyłam po dębowych liściach
Przedwcześnie zrzuconych na wietrze.
Zatrzymałam się na czerwonym świetle,
W tłumie, lecz w pierwszym Rzędzie.
Moje hipnotyczne spojrzenie
Natrafiło na czarną głębię.
Byliśmy dokładnie naprzeciwko siebie.
Ty patrzyłeś na mnie,
Ja patrzyłam na ciebie.
Dzieliło nas kilkanaście pasów zebry
Kąpiących się w letniej ulewie.
Ach jakiż ty byłeś inny od reszty.
Wśród monotonnych ciemnych
Parasoli
Ty stałeś bez ochrony.
Czarną taflę włosów,
deszcz i twoja dłoń ją rzeźbiły
W coś na kształt brylantyny.
Głowa twoja oparta była na solidnej szyi,
Szerokie cofnięte ramiona przechodziły w mocne ręce,
A w prawej dłoni trzymałeś neseser.
Postura elegancka, opanowana,
Mniej mięśni, lepsza postawa.
Tkanina wypłowiałej pastelowej koszuli
Kleiła ci się do ciała,
a każdy fałd i cień przypominał kogoś sprzed pół wieku,
jakby czas nie zdążył zmienić jego sylwetki.
Młody mężczyzna choć nieaktualnie ciężki.
W momencie gdy ty szedłeś wzorkiem
Od moich kocich kostek
Aż po granicę spódnicy,
Ja schodziłam w dół
Guzik po guziku,
Do zamka burych biurowych spodni.
W tej chwili zapaliło się zielone
Dla ludzkiej fali okno,
Shibuya, choć to nie Tokio.
Wystawiłam nagie kolano
w zimną szarość dnia,
Skrzyżowanie wezbrało
Rozpływając się w cztery strony świata.
Uderzyło mnie gorąco,
Na licu poczułam igiełki
I sama przed sobą się zawstydziłam,
Że jestem taka lubieżna, i że się tak gapiłam.
Lecz ty nie czułeś tego co ja
I nadal trzymałeś mnie na celowniku,
Jakbyś nie chciał pozwolić mi zniknąć.
Sunąłeś masywnie, natarczywie lecz z pewną przeszkodą.
Trudno tak iść,
Kiedy krok pęcznieje.
Zbliżasz się, a twoje czarne spojrzenie ciekawieje.
Przez sekundę mignęły ci
Jak migawki filmowe
Migdałowe diamnetowe oczy
Wydłużone eyelinerem w kolorze orientalnej nocy.
Zmrużyłam je tuż przed tą chwilą
Spuszczają parasol o ułamek za nisko.
Twoje kolana miękły i miękły
Pozbawiając dumy twojej męskiej sylwetki.
Pochylony, niemal ugięty
Spod czerwonej krawędzi
Łapczywie brałeś co ci pokazałam.
Różana skóra, rumiany policzek
I na koniec wiśniowy uśmiech tajemniczej, może jednak gejszy.
Czerwona lamówka
ociekająca pragnieniem
zakończyła przedstawienie.
Minęliśmy się jak szybkie Mitsubishi
z polującym tygrysem.
Nie poszedłeś za mną,
Dałeś mi przestrzeń,
Ach co z ciebie był za dżentelmen.
