Na krawędzi dnia
wstrzymało oddech, rodząc się na nowo.
Cisza zawisła w rannej mgły zasięgu,
zakwitło słowo.
Wszechświat nie zdążył pojąć, że istnieje,
bo dzień dopiero uczył się imienia.
Sens drżał w światłości, spełniając nadzieje,
snów bez znaczenia.
Mgła mdłym oddechem trwała jeszcze w mroku,
nim kształt się zrodził z milczenia bezgłosu.
Rozkwitł poranek w objęciach obłoku
mocą chaosu.
Nic nie wołało, bo wszystko już było:
czas bez imienia i światłość bez granic.
Wieki mijały, zanim padło słowo,
wśród gwiezdnych mgławic.
