Trzy czasy
własny kamień w kieszeni serca,
własny cichy ciężar przyklejony do skóry.
I myśli karmiące się echem dawnych strat —
popiołem słów
i wszystkich „gdyby”,
co nocą chodzą po pokoju
jak bezsenne duchy.
Potem przychodzi jutro.
Nie ma jeszcze twarzy,
a my już widzimy stratę
I nagle ta jedna chwila
zaciska się jak pięść —
na wspomnieniach, które wracają pod żebra
na lęku, który zastyga w gardle jak cisza,
i na sercu, które nie nadąża za oddechem.
To zbyt wiele.
Może wystarczy
przetrwać tę jedną chwilę.
Tylko tę.
Bez ciężaru świata
przywiązanego do serca.
