Roztrwonione marzenia
chłodny szal ciszy.
W oknach zapalają się gwiazdy,
jakby ktoś w pośpiechu dnia
zapomniał o nadejściu nocy
Horyzont trwa uparcie
między wschodem a zachodem,
napięty jak struna,
której nikt nie dotyka.
Łzy stoją pod powiekami,
trzymam je w sobie jak sekret.
Słodko-gorzki smak samotności
rozlewa się w gardle.
Patrzę w lustro —
czy to ja się zgubiłam?
Czy droga przede mną
rozpłynęła się w świetle lamp ulicznych?
Na parapecie leży kompas,
który od dawna nie wierzy północy.
Igła drży, jakby ziemia zapomniała,
w którą stronę spojrzeć.
Cisza w kątach pokoju
szepcze moje imię.
Jej oddech przesuwa kurz
po kartkach, które milczą.
Nie odpowiadam.
Wiatr przemyka przez puste ulice,
niosąc zapach mokrego bruku
i nie moje wspomnienia
Marzenia stają się odległe —
jak gwiazdy, które zgasły dawno temu,
a ja wciąż patrzę
w ich spóźnione światło.
I gdzieś w ciszy
tonie dźwięk,
który kiedyś był mój,
a teraz unosi się
nad horyzontem,
między tym, co przepadło
i tym, co nigdy nie miało się zdarzyć.
