Wpół drogi
za pustelniczym oknem.
Zółtodziobe kosy
schowały się w żywopłocie.
Deszcz spływa rześko
po wiklinowej miotle.
W chatce dym
wypełnia przestrzeń.
Nie z pieca,
lecz z małego węgielka
na nieco większej
glinianej podstawce,
unosi się w tańcu
dym kadzidła –
zapach ogrodów
z półwyspu Athos.
Ascety nie ma.
Cisza.
Siedzi
na drewnianym stołku
nieruchoma postać.
Daleko jej do mnicha,
daleko do pobożnego,
a jeszcze dalej
do oziębłego grzesznika.
Siedzi i wzdycha.
Na zewnątrz ulewa.
Niby wiosna w progu,
a jednak wciąż gdzieniegdzie
śnieżyca.
Czeka człowiek,
aż się wszystko uspokoi.
Czeka wpół drogi.
